Jessie Ware zmienia się jak kameleon. Zaczynała od solowych flirtów z soulem, by potem – w poszukiwaniu nowego brzmienia – przerzucić się na elektronikę, a wreszcie – disco. I właśnie to ostatnie wcielenie brytyjskiej artystki poznajemy na płycie „What’s Your Pleasure?”.

Porywająca do tańca, zaskakująca pomysłami aranżacyjnymi płyta idealnie pasuje do jakiejś inteligentnej dyskoteki. To taki słoneczny rock’n’roll z potarganymi piórami. 12 energetycznych, zwariowanych kopniaków w tyłek. Absolutnie żadnego nowatorstwa, za to fura pozytywnej energii – oto cały witz tej muzyki. Nie pożałują ci, którzy, wybierając się na szalone wakacje, uwzględnią „What’s Your Pleasure?” w swoich podręcznych zestawach muzycznych.


Otwierające krążek, przebojowy „Spotlight” z subtelnym drum’n’basowym podkładem i sekcją smyczkową oraz tytułowy „What’s Your Pleasure?” okraszony niesamowitym teledyskiem z gwiazdą tańca Nicolasem Huchardem w roli głównej są bardzo dobre, niestety później – ale tylko przez parę minut – jest już trochę gorzej. Za dużo tu eksperymentów z dźwiękiem, a za mało ładnych melodii. W „Ooh La La” czy w „Soul ControlJessie Ware zachowała się jak stylistyczna troglodytka. Tandetne, dyskotekowe bity zmieszała z do bólu archaicznymi i naiwnymi, jęczącymi klawiszami. Ale w tym szaleństwie jest metoda! Te „killery” mogą naprawdę porwać. Oczywiście do tańca, bo jakoś nie wyobrażam sobie słuchania tego fragmentu płyty w innych okolicznościach jak klubowy parkiet. W tej kategorii nikt jej raczej w tym roku nie podskoczy.


Kolejna część płyty to zmysłowy soul hipnotyzujący w równym stopniu do tańca, co do gry wstępnej! Jessie nie zataja w swoich „Przyjemnościach” żadnych intymnych szczegółów, więc znajdujemy tutaj detale tak pikantne jak w „Save A Kiss” czy – moim ulubionym – „Adore You”. Ale afrodyzjaki Jessie nie ograniczają się do kobiecego dzienniczka piosenek autorskich. Gdyby Jessie była czarnoskórym mężczyzną, śpiewałaby pewnie jak Barry White, nie dziwi więc nagranie „In Your Eyes”.


Delektując się utworami Brytyjki odnosi się wrażenie, że podczas komponowania muzyki na tę płytę Ware była w bardzo dobrym humorze, album przepełniony jest optymizmem. Słychać go chociażby we wpadającym w ucho „Step Into My Life” czy w „Read My Lips”. Wśród soulowo-taneczno-awangardowych brzmień znalazło się miejsce na ukłon w stronę fascynacji muzyką filmową. Taki klimat przywodzi na myśl, zamykająca płytę kompozycja „Remember Where You Are”.

Jessie Ware czuwa, jak na zarządczynię swoich muzycznych przyjemności przystało – każda wokaliza, każdy dźwięk mają tu precyzyjnie wyznaczone miejsce. Może to dzięki temu czuję, że muzyka „What’s Your Pleasure?” jest bliska ideałowi brzmień, które mnie satysfakcjonują, upajają i nie nudzą po stu przesłuchaniach. Za każdym razem odkrywam na tej płycie coś, co umknęło mi poprzednio – zakręconą frazę lub jakiś tajemniczy dźwięk. „What’s Your Pleasure?” umila mi ciepłe, letnie dni i pewnie dla wielu ta płyta pozostanie naznaczoną słońcem 2020. Uniknę jednak banałów w stylu „muzyka doskonała na lato”. Jestem przekonany, że wydana np. w listopadzie świetnie komponowałaby się z deszczowymi bitami zza okna. Czego zresztą nie omieszkam sprawdzić.

Ocena płyty: