W niewiele ponad rok po wydaniu znakomitej płyty „Mi”, projekt Tęskno powrócił z nowym krążkiem, zatytułowanym po prostu „Tęskno”. Po odejściu Hani Raniszewskiej, Joanna Longić dziś dowodzi nim samodzielnie. W poniższej rozmowie opowiedziała nam m.in. jak te zmiany wpłynęły na nowy materiał.

Wiem, że wszyscy pytają Cię o rozstanie z Hanią Raniszewską, natomiast na jakim etapie była praca nad „Tęskno”, kiedy Hania zdecydowała się odejść?

JL: Szczerze mówiąc, dopiero po podjęciu przez Hanię decyzji o odejściu prace nad płytą się rozpoczęły. Miałam też szczęście, ponieważ muzycy, którzy grali z nami koncerty, akurat mieli czas. Podobnie było z reżyserem dźwięku. Do tego miks i mastering ponownie zrobił Piotr Wieczorek, więc wszystko udało się zrealizować. Większość utworów powstała zupełnie od zera, natomiast dwa – „A Cappella” i „Fenomenalna” powstały z moich szkiców, które liczą 4-5 lat. Zostały one jednak wywrócone do góry nogami. Rejestracja wszystkich instrumentów zajęło około tygodnia. Podzielone to jednak było na kilka sesji.

„A Cappella” ma w sobie coś z muzyki new age. To nie jest taka typowa ‚a cappella’. Kojarzy się trochę z dokonaniami Enyi.

JL: To ciekawe, co mówisz. Moją inspiracją jest zarówno świat muzyki klasycznej z XVII i XVIII wieku oraz muzyka elektroniczna i eksperymentalna spod znaku Jamesa Blake’a lub FKA Twigs, czy Bon Iver.

Wszystkie ścieżki wokalne na płycie są twojego autorstwa?

JL: Tak, czasami jest więcej chrypki, czasem jest wyżej, a czasami bardzo nisko. Być może dlatego też mój głos inaczej brzmi i można odnieść wrażenie, że śpiewa ktoś oprócz mnie. Ale to jest spowodowane także tym, że partie wokalne rejestrowałam przez dłuższy okres czasu i chciałam w obrębie płyty wykorzystać całą jego różnorodność.


Jak zatem będziesz wykonywała te partie na żywo?

JL: Dotąd występowaliśmy w trio z Adą Wadoń (skrzypce) i Arturem Wieczerzyńskim (altówka). Na najbliższej trasie również będziemy występować w takiej konfiguracji. Ich rola będzie szersza, bo będą grali także na syntezatorach oraz śpiewali.

A kto zagrał na harfie?

JL: Zuza Federowicz. Chwilowo jednak nie będziemy wykorzystywać jej brzmień na dłuższych trasach, bo jest to po prostu za duży i wyjątkowo delikatny instrument. Natomiast docelowo chcę, by na scenie było jak najwięcej instrumentów. Pojawią się flet poprzeczny, jeszcze więcej smyczków i kontrabas.

Słuchając „tęskno”, mam wrażenie, że Twoja muzyka zrobiła się jeszcze bardziej autorsko-artystyczna, natomiast tekstowo koncentrujesz się bardziej na świecie zewnętrznym.

JL: Moje podejście przy pisaniu tekstów było takie samo jak w przypadku pierwszej płyty. W zależności od dnia, pory, samopoczucia, zaczęłam się zajmować tematami, które najbardziej mnie dotykały. Myślę, że to się wzięło również z ogólnej sytuacji wokół. Najlepszym dowodem na to jest utwór „Frajda”, który mocno wpisuje się w bieżącą sytuację. Poza tym mam tendencję do nadmiernego zastanawiania się nad sobą, ciągłego rozwijania się oraz analizy wszystkiego. To wyszło naturalnie i cieszę się, bo różnica w stosunku do „Mi” jest odczuwalna.

Skoro wspomniałaś o „Frajdzie”, to zagłębiając się w jej tekst, odniosłem wrażenie, że nie masz za dużo tej frajdy.

JL: To nie tak. Jestem dość pozytywną osobą, dużo się śmieje i mam nadzieję, że tak też jestem odbierana. Natomiast jest też we mnie trochę zmartwień i smutku – zwłaszcza teraz, kiedy nie wiemy, jak to wszystko się skończy. Wydaje mi się jednak, że taka melancholia dominowała na pierwszej płycie, a teraz oprócz niej jest dużo radości.

Na płycie znajdują się także dwa utwory instrumentalne: „Arenga” oraz „Znów”

JL: Zgadza się, chociaż w pod koniec „Znów” pojawia się kilka słów, ale służą one naprowadzeniu na  „Między nami”. Pierwotnie „Znów” miało tytuł „Repryza”, ale nie byłam w stanie tego połączyć, bo repryza przed czymś wydała mi się bez sensu (śmiech). Stąd zmiana tytułu, który tez kojarzy się z powtórzeniem. To utwór, z którego jestem najbardziej dumna. Powstał też najszybciej ze wszystkich.


W „Inny nikt” padają słowa: Zabierz mnie właśnie Ty jak najdalej. Rozumiem, że to o bliskiej osobie?

JL: To bardziej metafora. Interpretacja pozostaje otwarta, natomiast domyślam się, że w tym przypadku najłatwiej pomyśleć o jakiejś bliskiej osobie, z którą chciałoby się gdzieś uciec, szczególnie teraz (śmiech).

Płyta jest dość krótka, w skutek czego po przesłuchaniu czuć lekki niedosyt. Takie było pierwotne założenie?

JL: Tak, ponieważ do zbudowania tej historii potrzebowałam także utworów przejściowych. Wielu moich ulubionych artystów jak np. Solange, czy Moses Sumney je stosują. Trochę nieświadomie poszłam w te stronę. Nie chciałam na siłę rozciągać tych utworów. To są zamknięte formy. 

Tytułem puenty: w pojedynkę jest Ci trudniej, lepiej, czy inaczej?

JL: Na pewno jest inaczej. Ja też mam słabą pamięć, a ona płata nam figle i przez to możemy zapamiętywać pewne rzeczy tak, jak chcemy. Pamiętamy te najmocniejsze emocje. Obecnie jest mi bardzo dobrze i spełniam się jako kompozytorka i aranżerka. Natomiast gdy wchodzą żywe instrumenty, dzieje się coś niesamowitego.