Od dawien dawna szukam dla siebie w pełni zaspokajającej moje potrzeby polskiej, porządnej, przemyślanej i profesjonalnie wykonanej płyty, która będzie tą najlepszą z najlepszych. Szczerze przyznam, że jeszcze takiej nie znalazłem. Już myślałem, że jestem bliżej niż blisko, bo znalazła się właśnie jedna bardzo dobrze rokująca płyta… ale znowu po angielsku. Laila Biali to kanadyjka, która jak na pozytywnie nastrojony kraj przystało, nagrała bardzo radosny „Out of Dust”.


Ciągle zaskakuje mnie, że zwykle po pierwszych dźwiękach jestem w stanie powiedzieć czy coś mi się spodoba czy nie i zazwyczaj w 99% to się sprawdza. Kiedy zatem wybrzmiały pierwsze takty „Revival” to wiedziałem, że ta płyta jest idealnie zsynchronizowana z moimi wibracjami. Jasny, klarowny i ciepły wokal Laili jest niczym najjaśniejsza gwiazda na niebie. Wspaniały głos i wyraźnie słyszalny wszechobecny uśmiech. Prawie w każdym utworze bowiem słychać niesłychanie dobrą energię i przekaz. Kanadyjka jest nie tylko doskonałą wokalistką, ale także pianistką, co wyłania się bardzo szybko na pierwszy plan. Klawisze są dosadne i bogato zaaranżowane. Biali jest kompozytorką jak i autorką większości tekstów.


Nie są to byle jakie utwory, gdyż swoją formą jak i doborem składników mogą wzbudzać zazdrość u konkurencji. Niby proste, szalenie melodyjne, a jakże pobudzające i intrygujące. Weźmy na przykład „Wendy’s song” (mój ulubiony numer na tym albumie).

Pierwszorzędny klawisz, ubarwiające smyczki, zaskakujący saksofon i fenomenalnie podbijająca całość perkusja. Mam wrażenie, że którykolwiek z utworów włączę, to jest on wielki i doskonały. „Sugar” od razu sprawia, że banalnie mam ochotę na coś słodkiego, jak i nieodpartą ochotę potańczyć. W tym utworze jest jazz, kabaret, soul, akustyczne r&b… szaleństwo totalne! Chórki, trzeba koniecznie wspomnieć o pięknie zrobionych chórkach, wśród których słychać Lisę Fisher. Tak, tę od Luthera Vandrossa, Stinga i Rolling Stone, która w 1992 roku zdobyła Grammy za „How can I ease the pain”. Niezwykły talent co zdarza się raz na milion… szkoda, że trochę zmarnowany i zapomniany.

Laila Biali przypomina mi Sarę Gazarek, Norah Jones, Sarę Bareilles i Reginę Spektor. Ogólnie klimat jest tu bardzo rozrywkowy, acz skrzętnie pokolorowany i udekorowany jazzem, co cieszy ucho. Solo saksofonu („Glass house”), jak i basu zawierają ciekawe improwizacyjne zacięcia, a perkusja często używa synkop zmieniając niekiedy metrum („The Baker’s Daughter”) aby było jeszcze ciekawiej. Wokalnie Laila trzyma się swoich możliwości i nie pcha po skali by zdominować aranżacje. Zdarza się jej owinąć tajemniczością wokaliz („Alpha waves”), albo dać upust emocjom poprzez francuskojęzyczną melancholię („Au pasy de cocagne”), jednakże w skali albumu jest lekko i przyjemnie. Także cover Gregorego Portera „Take me to the alley” brzmi tu jakże lżej I jaśniej, aczkolwiek jest bardzo zbliżony do oryginału.

Czasami „Out of dust” przypomina mi nastrojem albumy Basi Trzetrzelwskiej, zwłaszcza w piosence „Broken Vessels”. Uważam, że ma ona wszystkie potrzebne atrybuty, aby spełnić komercyjny sukces. Pewnie dlatego Lailą Biali zainteresowała się jakże prestiżowa wytwórnia Act (to drugie wydawnictwo pod ich szyldem), która wraz z Canada Factor i The City of Toronto promować będą ten materiał jak świat szeroki. Album zresztą już zdobywa ogromne uznanie w Ameryce Północnej, w Japonii, a gdyby nie obecny zastój pandemiczny to Europa była by obecnie w centrum jej trasy koncertowej, gdzie bilety już się wyprzedawały. 


Dla mnie najbardziej atrakcyjnym atutem artysty jest jego naturalność i potencjał. Zbilansowanie tego w odpowiedniej ilości i wzbogacenie o kunszt wykonawczy to dążenie do perfekcji, ale zweryfikowane zawsze przez jedno. Album „Out of dust” jest perłą rozrywkowego jazzu, który ostatnio ma dość dużo do powiedzenia. Ponieważ nie można wybrać się koncert i posłuchać tych utworów na żywo, artystka dała niedawno koncert ze swojego domu online. Wokal, pianino i osobisty mąż na perkusji. Właśnie wykon na żywo weryfikuje, czy artysta jest godzien być nim naprawdę. Ona jest Artystką. Dla mnie mistrzowską.

Ocena płyty: