Marcin Wasilewski Trio łączy wielką jazzową tradycję i nowoczesność, w kluczowej dla współczesnego jazzu i także ogromnie wymagającej formule fortepianowego trio, a jednocześnie potrafi znaleźć w jej obrębie swój własny rozpoznawalny głos.

To także jeden z najbardziej konsekwentnie rozwijających się zespołów polskiej sceny, otwarty na inspiracje otaczającą ich muzyką i przekuwający je we własny język muzycznej wypowiedzi. Uznawana jest za jedną z najwybitniejszych i unikatowych formacji jazzowych swojego pokolenia, cieszy się uznaniem zarówno na scenie krajowej, jak i zagranicznej.

Z Marcinem Wasilewskim, Sławkiem Kurkiewiczem i Michałem Miśkiewiczem rozmawia Aya Al Azab.


Aya Al Azab: Świętujecie w tym roku jubileusz 25 lat wspólnego grania. Jak udało się wam stworzyć tak długo działający, zgrany zespół. Jaki jest wasz sekret?

Sławek Kurkiewicz: Myślę, że na to składa się kilka elementów. Na początku odkryciem był sam fakt, że świetnie się nam gra razem. Kluczowe było również to, że nasze granie podobało się innym muzykom i słuchaczom. Od początku potrafiliśmy porwać publiczność. Podkreśliłbym jeszcze wzajemne podobieństwa co do gustu, smaku muzycznego oraz dosyć wyrównany poziom inteligencji muzycznej. Mam na myśli sposób odnajdywania się w różnych niespodziewanych kontekstach muzycznych podczas improwizacji.

Marcin Wasilewski: Nie planowaliśmy ze sobą grać 25 lat, ale bardzo się cieszymy, że trwa to już tyle czasu i że ciągle możemy się cieszyć ze wspólnego muzykowania. Pamiętam nasze pierwsze granie na warsztatach jazzowych w Puławach, kiedy wykonywaliśmy Softly, as in a Morning Sunrise na jamie i to uczucie ekscytacji z grania spójnego rytmu i „chemii”, jaka była między nami od samego początku. Od tego momentu chciałem, abyśmy tworzyli zespół.

Michał Miśkiewicz: To na pewno wielki dar od losu, że się w ogóle spotkaliśmy te 25 lat temu. Od razu poczułem z kolegami niesamowitą „chemię” muzyczną. Myślę, że w muzyce szukamy bardzo podobnych rzeczy, chodzi o pokrewny estetycznie gust. Mówiąc językiem czysto muzycznym, mamy wspólne poczucie rytmu i podobne wyczucie barwy. Łączy nas też silna potrzeba uzyskania spójnego, szlachetnego brzmienia w zespole. Jesteśmy bardzo wymagający wobec siebie i mimo że to przecież cały czas tylko „fortepian-kontrabas-perkusja”, staramy się iść naprzód, przekraczać granice…

Podobno, by osiągnąć sukces i móc urzeczywistnić marzenia, należy obrać konkretny cel, do którego później się dąży. Czy rozpoczynając tę wspólną przygodę 25 lat temu mieliście plany na tak długą i intensywną współpracę, pełną sukcesów?

MM: Nie. 25 lat temu to była czysta młodzieńcza pasja do muzyki, do jazzu. Chcieliśmy czuć żar na scenie, byliśmy rozemocjonowani muzyką i chcieliśmy zarażać tym też innych ludzi, publiczność. Nie myśleliśmy w kontekście sukcesu jako biznesu.

SK: W moim wypadku to był nie tyle obrany cel, co raczej absolutna pewność, że pragnę zostać muzykiem, jazzmanem, improwizatorem. W kontekście zespołu szczęście polega na tym, że spotkaliśmy się w tym samym punkcie czasoprzestrzeni i stworzyliśmy wehikuł, który trochę samorodnie wystartował i to było naturalne. Raczej bez większego planowania. Bardzo często chęć grania w przypadku muzyków improwizujących jest kompulsywna.

MW: Naszym celem na początku drogi było rozwijanie umiejętności wykonawczych, pokonywanie trudności i poznawanie sekretów muzyki improwizowanej. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że będziemy mogli świętować 25 lat wspólnego grania.


Koncertujecie wiele po całym świecie, prezentując swoją twórczość w różnych krajach. Czy odczuwacie różnicę odbioru, temperamentu, energii między poszczególnymi kulturami? Gdzie czujecie się ze swoją muzyką najlepiej – najszczerzej przyjęci i zrozumiani?

SK: Publiczność reaguje na naszych koncertach różnorodnie, aczkolwiek raczej entuzjastycznie. Różnice kulturowe lub geopolityczne sprawiają, że na przykład publiczność na Martynice będzie bardziej skora do tańczenia niż w Zurychu. Z kolei wygłodniała artystycznych doznań publiczność w Kijowie może zareagować euforycznie. Pamiętam, jak w Maroku powiedziano nam, żebyśmy się nie przejmowali, jeśli ludzie zaczną wychodzić masowo z koncertu, bo to nie jest niczym niezwykłym. Na szczęście nie wyszli!

MM: Każda publiczność jest trochę inna, ale nie można powiedzieć czy gorsza, czy lepsza. Kiedyś czułem, że skandynawska publiczność wydaje się nieco chłodna, a na przykład amerykańska bardzo żywiołowa, ale z czasem te różnice zaczynają się zacierać, bo wiem, że odbiór koncertu zależy od wielu czynników, od sali w jakiej się gra, od nagłośnienia, a przede wszystkim od nas samych. Od dramaturgii, jaką uda się nam uzyskać. Zawsze czuję duże zaangażowanie publiczności niezależnie od tego, w jakim kraju się występuje.

Jak zmieniła się polska publiczność w przeciągu ćwierćwiecza waszej działalności?

MW: Polska publiczność z jazzem jest zaprzyjaźniona już od dziesiątek lat, dzięki wielu pokoleniom muzyków grających tę muzykę przed nami. Jest bardzo wymagająca i spontaniczna w odbiorze muzyki. Przez ostatnie 25 lat w wielu mniejszych miejscowościach publiczność ma okazję obcować z jazzem światowego formatu i dzięki temu móc się rozwijać. W Polsce ostatnimi laty powstały i powstają piękne sale koncertowe, jak na przykład NOSPR, NFM i wiele innych filharmonii budowanych od nowa bądź remontowanych, do których publiczność chętnie przychodzi delektować się muzyką klasyczną, jazzową, bądź bardziej wyrafinowaną muzyką rozrywkową. Tę publiczność stać na to, aby móc kupić bilet.

Skoro mowa o muzyce na żywo… – wasze ostatnie wydawnictwo Live pochodzi z 2018 roku. Podobno grając koncert, który znalazł się na tej płycie, nie byliście świadomi, że jest on rejestrowany z przeznaczeniem do wydania. Czy tej niewiedzy można zawdzięczać sukces albumu?

SK: Mieliśmy świadomość, że jest rejestrowany przez radio, choć nie było stresu, że właśnie nagrywamy album. Czasem taka presja mobilizuje, a czasem potrafi deprymować.

MW: Pamiętam, że na koncert przyjechaliśmy bardzo zmęczeni i aż trudno się przyznać nie bardzo mieliśmy świadomość, jak dużym i ważnym wydarzeniem w Antwerpii jest Jazz Middelheim – jeden z najstarszych festiwali w Europie. W połowie wakacji, lekko pod formą, bez soundchecku, dziesięciominutowy line check, publiczność 4-5 tysięczna, rejestracja TV, radio, wywiad przed wejściem na scenę i trzeba było sobie radzić. Na szczęście 25 lat wspólnych doświadczeń i dobra znajomość programu pomogła nam wyjść z tego zwycięską ręką, a nagranie okazało się równie dobre technicznie, jak i artystycznie na tyle, że wspólnie z ECM-em postanowiliśmy to wydać.


Przypomnijmy sobie wasz debiut i pierwsze sukcesy. Płyta Komeda była próbą zmierzenia się z twórczością Krzysztofa Trzcińskiego. Jak z perspektywy czasu oceniacie tę decyzję? Jak podchodzicie dziś do tego albumu?

SK: Jan Ptaszyn Wróblewski zachęcał nas do utworów Komedy, twierdząc, że do nas „pasują”. Cały czas mam w pamięci naszą próbę w kawiarni Smok w Puławach podczas warsztatów jazzowych, gdzie próbowaliśmy w triu kompozycje Komedy…  To są genialne utwory jazzowe, inspirujące do improwizowania i wspaniale się złożyło, że nikt w tym czasie się jeszcze nimi nie interesował.

MW: Z perspektywy czasu ta decyzja była bardzo dobra, jak również bardzo spontaniczna i naturalna w tamtym momencie. Jan Ptaszyn Wróblewski podarował mi swoje opracowanie wszystkich najważniejszych utworów Komedy. Jak to zobaczyliśmy od razu wiedzieliśmy co z tym zrobić. Muzyką Komedy byłem zawsze oczarowany i zawsze mnie inspirowała do własnych poszukiwań w zakresie kompozycji, tym bardziej naturalnym było nagranie naszej pierwszej płyty w hołdzie twórczości tego wielkiego polskiego kompozytora i muzyka jazzowego.

Od wydania waszego Komedy powstało już wiele projektów na jego cześć. Co o tym sądzicie? Czy istnieje, waszym zdaniem, granica między oddawaniem hołdu, popularyzacją a wykorzystywaniem legendarnego nazwiska do własnych celów?

SK: Moim zdaniem oczywiście jest granica i każdy artysta wyznacza ją sobie sam. Później to oceniają krytycy i publiczność. Wykorzystanie legendarnego nazwiska do promocji własnej płyty z perspektywy dobrego smaku jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. Trudno powiedzieć o nas-osiemnastolatkach, że działaliśmy z pobudek komercyjnych. Cieszyliśmy się, że nagrywamy płytę. To był nasz debiut fonograficzny i podówczas nie interesowano się Komedą w środowisku. Działaliśmy w natchnieniu, a album był tego konsekwencją. „Be first, be smarter, or cheat” (Bądź pierwszy, bądź bystrzejszy albo oszukuj) – ten cytat  z filmu Margin Call (Chciwość, 2011) nieco odzwierciedla podejście w show biznesie. We don’t cheat! (Nie oszukujemy!).

MM: Jest to na pewno muzyka warta popularyzowania. Komeda w polskim jazzie to trochę, jak Chopin w klasyce. Ale fakt, że ilość projektów wydaje się już chyba za duża. Jednak muzyka to też biznes, zawód, z którego się żyje. Trudno mi się więc wskazać, gdzie ta granica powinna być, to szeroki temat. My jesteśmy raczej wierni oryginałom, tylko pozwalamy sobie na swobodę improwizacyjną, do której de facto ta muzyka inspiruje.

Jednym z ważniejszych, moim zdaniem, doświadczeń w rozwoju waszej  kariery, ale chyba przede wszystkim we własnej, artystycznej ewolucji, było rozpoczęcie współpracy z Tomaszem Stańką. Jak doszło do połączenia Simple Acoustic Trio z trębaczem?

SK: To było spełnienie mojego pierwszego wielkiego marzenia. Michał mnie polecił. Właśnie wróciłem do Koszalina z Przemyśla, gdzie grałem jeden z pierwszych koncertów w zespole Ptaszyna i zadzwonił Stańko: „Dzień dobry! Stańko. Czy gra pan sola?”.

MW: Z Tomaszem Stańką wiązała nas wieloletnia i bardzo ważna współpraca, która dała nam dużo dobrego w wielu aspektach. Najważniejszym był aspekt artystyczny. Tomasz był już ugruntowanym artystą z dużym dorobkiem i doświadczeniem i ciągle głodnym nowych przygód muzycznych, co świadczy o tym, że chciał grać z tak młodym składem. Dla nas to była najlepsza okazja i motywacja, aby grać ze sobą i móc odkrywać tajniki jazzu totalnie improwizowanego, jakiemu hołdował Tomasz. Był prekursorem free jazzu w Polsce i jego najważniejszym przedstawicielem w świecie.

MM: W grudniu 1993 roku na sekretarce telefonicznej w moim domu nagrał się Tomasz Stańko… Przedstawił się proponując od razu wspólny koncert, bo słyszał że „młody Miśkiewicz gra na bębnach”… Miałem 16 lat, byłem trochę przerażony (mój tata zresztą również). Oddzwoniłem. Okazało się, że Tomasz szuka sekcji do zespołu. Spytał czy mam jakiegoś basistę, z którym lubię grać. Kamień z serca mi spadł! Poleciłem oczywiście Sławka, bo już razem grywaliśmy. Pierwszy koncert odbył się z Januszem Skowronem na keyboardach, ale już drugi (w marcu 1994 roku) z Marcinem na fortepianie. Takie były początki, to był czad!

W lipcu minął rok od śmierci Tomasza Stańki. Jakie wspomnienie związane ze Stańką utkwiło w każdym z was najmocniej? Przez tyle lat inspirowaliście się wzajemnie. Czy można doszukać się cząstki twórczości Stańki w waszej? 

SK: Bez wątpienia, z artystów, z którymi współpracowaliśmy wywarł największy wpływ na nas.

MM: Dla mnie jest to wspomnienie bliskości muzycznej tak intensywnej, że aż wykraczającej poza samą muzykę. Chociaż to cały czas była tylko muzyka… Rodzaj poczucia jakiegoś wyzwolenia, którego nie da się opisać za pomocą słów. Pamiętam też jego ekscytację na początku naszej współpracy, kiedy byliśmy tak młodzi. To było cudowne uczucie, którego nie zapomnę. Z całą pewnością, gdyby nie Stańko, bylibyśmy dzisiaj w jakimś innym miejscu. Jego osobowość miała niebagatelny wpływ, zarówno na nasze podejście do grania, jak i twórczość. Był bardzo wymagającym liderem. Zaszczepił w nas potrzebę szacunku do muzyki na każdym koncercie i przed każdą publicznością.

MW: Odejście Tomasza było dla nas bardzo bolesne. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu w podróżach, na scenie, w hotelach i bardzo się związaliśmy ze sobą. Nikt nie przypuszczał, że to będzie trwało tak długo, tym bardziej, że Stańko był bardzo wymagający, nie raz groźny, i nie uznawał kompromisów w muzyce. Traktował muzykę bardzo serio i to też od niego przejęliśmy. Jego muzyka wywarła na nas duży wpływ, gdyż byliśmy bardzo młodzi, kiedy po raz pierwszy z nim zagraliśmy, a było to 8 marca 1994 roku w Łodzi. Graliśmy wówczas standardy, a on nam podstawił nuty, gdzie prawie w każdym utworze po temacie było napisane „free impro”. Oczywiście to duże uproszczenie, bo jego twórczość była bardziej złożona. Zawsze byłem fanem jego kompozycji i z ogromną ochotą je interpretowałem. Był mistrzem tworzenia czegoś wielkiego z niczego. Urzeczywistniał materię dźwięków w sposób bardzo oryginalny i jedyny. Kiedyś w jakimś wywiadzie powiedział, że wypija naszą młodą krew, ja mu odpowiedziałem w innym wywiadzie, że my wypijaliśmy jego stare dobre wino.

Wasze koncerty są ważną częścią obchodów 50-lecia ECM na świecie. Jako publiczność z Polski patrzymy na wasze dokonania z zachwytem. Każda kolejna płyta nagrywana dla ECM to, z naszej perspektywy, wielkie wyróżnienie. Jednak, po tylu latach z pewnością postrzegacie swoją działalność zgoła inaczej od nas – obserwujących. Jak się czujecie w obliczu tego światowego sukcesu? Czujecie się wciąż wyróżnieni? A może jest to dla was naturalna konsekwencja długoletniej współpracy?

MM: Z pewnością czas robi swoje. Tworzymy od lat w niezmienionym składzie muzykę, którą chcemy grać, w nurcie, w którym czujemy się naturalnie. Obserwujemy wnikliwie, co się dzieje w światowym jazzie i inspirujemy się, ale nie podążamy za tym na siłę, nie staramy się naśladować. Myślę, że ta konsekwencja jest istotna. 

SK: Cieszę się, że znaleźliśmy się w ECM w momencie, kiedy jeszcze wydawanie płyt kompaktowych było podstawą rynku fonograficznego. Teraz sytuacja z uwagi na streaming zmienia się gwałtownie. Mamy w internecie obfitość muzyki, bo każdy może ją w sieci publikować i przez to można nie być dostrzeżonym. Wszyscy muszą dywersyfikować metody promocji, my również. Mimo iż muzycy nie są odpowiednio wynagradzani za streaming, to w tej sytuacji pociesza mnie fakt, że nasza muzyka dociera do większej liczby słuchaczy.

Często artyści patrzą na swoją twórczość krytycznym okiem. Wydaje się im, że pewne decyzje, technika gry, wrażliwość wykonawcza, były do poprawki. Niektórzy wręcz wstydzą się  siebie z wczesnomłodzieńczych lat. Są jednak rzeczy niepowtarzalne i charakterystyczne dla młodych twórców, jak chociażby niepokorność, świeżość. Czy jest coś z Simple Acoustic Trio, co chcielibyście z sentymentem przywrócić?

MW: Nauka muzyki i gry na instrumencie to długi i żmudny proces. Zawsze jest coś do poprawienia i zawsze mogłoby być lepiej. Szczególnie na początku nie jest łatwo. Nadpłaca natomiast młodzieńczość, dziewiczość materii i pewna skłonność do ryzykowania, która wynika czasem z większej odwagi, jaką mają młodzi muzycy. Często można się w ten sposób znaleźć w przysłowiowych krzakach (śmiech), natomiast doświadczenie pozwala łatwiej z nich wyjść.

A co z tych chłopaków z Koszalina, którzy zdecydowali się grać jazz, pozostało do dziś?

MW: Pozostała ta sama pasja do grania muzyki, jaka powstała w Koszalinie i zawsze, kiedy jesteśmy w tym szczególnym mieście z koncertem jest to dla nas przeżycie emocjonalne.

Podczas rozmów z muzykami spotykam się ze stwierdzeniem, że o wiele łatwiej i przyjemniej gra się z ludźmi, których się zna. Pomijając fakt, że możecie sobie zaufać na scenie, to czy po 25 latach nie pojawia się rutyna? Nowe bodźce są bardzo ważne w jazzie. Jak jest w waszym przypadku?

SK: Rutyna w znaczeniu znajomości swojego rzemiosła może na przykład pomóc w przezwyciężeniu braku inspiracji podczas koncertu.  Rutyna w znaczeniu używania utartych schematów to taka ostatnia deska ratunku przed kompromitacją. Rutyna w tym pierwszym znaczeniu jest potrzebna, aby móc korzystać z intuicji. Intuicja tak potrzebna w improwizacji, działa najlepiej, jeśli jest się ekspertem w swojej dziedzinie. Co do naszej wieloletniej znajomości myślę, że na tle środowiska jesteśmy dosyć zgranym zespołem również w prywatnym życiu. Na przykład trudno mi sobie przypomnieć koncert, po którym nie udalibyśmy się z menadżerem na „hang” (spędzić razem czas) do pokoju hotelowego, któregoś z nas.

MM: Myślę że dużo zależy od nastawienia. Umiemy się cały czas zaskakiwać, mimo że tak dobrze się znamy. Innymi słowy umiemy jakoś intuicyjnie omijać rutynę szerokim łukiem. Wystarczy, że podczas koncertu którykolwiek z nas zagra coś inspirującego, by pojawił się element zaskoczenia, tak w jazzie istotny.


Bywały trudne momenty, w których chcieliście sobie już podziękować?

SK: Chyba nie ma historii, w których nie znalazłyby się trudne momenty. Mój sposób, to traktować je jako lekcje albo je ignorować.

MW: Nie pamiętam, abyśmy byli postawieni w takiej sytuacji. Były momenty trudne, kiedy wszystkie sprawy musieliśmy sami załatwiać, jak booking itd. Ale odkąd pojawił się nasz nowy manager Sławek Wrzask, tchnął nową siłę i odciążył nas w wielu kwestiach, do których muzyk nie jest predestynowany.

MM: Nigdy nie było momentu, żebyśmy sobie chcieli podziękować. Bywają momenty nieidealne, ale „trudne” to za duże słowo w naszym przypadku. Myślę, że do „rozwodu” nam daleko.

Czego się można spodziewać po waszej jubileuszowej trasie koncertowej? Co was w niej cieszy najbardziej?

MM: Jak zawsze cieszy nas spotkanie z publicznością. Odwiedzimy miejsca, w których dawno lub nigdy nie graliśmy. Oprócz repertuaru z ostatnich płyt zaczniemy też grać nowy materiał, więc będzie to trochę podróż z przeszłości w przyszłość.

SK: Wygląda na to, że jest świetnie zorganizowana i że zagramy w miejscach, w których dawno nie graliśmy.

MW: To, że możemy pracować i być z publicznością. Dawać jej z siebie to co mamy najlepsze.

Czy zespół z takim bagażem doświadczeń i sukcesów jeszcze o czymś marzy? Czego mogę wam życzyć?

MM: Ja osobiście marzeń specjalnie nie mam. Bardziej jest to pragnienie, by dalej móc robić to, co się kocha, co daje spełnienie. Na pewno współpraca z Marcinem i Sławkiem to daje, więc życzmy sobie zdrowia, i oby tak dalej.

SK: Zdrowia!

MW: Zawsze jest coś nowego do odkrycia, spotkanie kolejnego świetnego muzyka, z którym można stworzyć nowa muzykę lub samemu skomponować najpiękniejszy utwór, choćby dla samego siebie. Na tym polega piękno i magia muzyki, że możesz się dzięki niej wyrazić. Człowiek wymyślił wiele pięknych rzeczy i jedną z nich jest właśnie muzyka.