Doskonale pamiętam dzień kiedy zachwyciłem się głosem i twórczością Elli Fitzgerald. Byłem u koleżanki na imprezie studenckiej i w piwnicy znaleźliśmy winyle jej ojca. Tak oto spędziłem resztę imprezy, aż do rana w piwnicy słuchając Elli, bo kolekcja płyt była dość spora. W ciągu następnych kilkunastu lat wracam do jej twórczości naprawdę często i ani razu się nią nie znudziłem. Często nachodziła mnie też refleksja czy znajdzie się jeszcze ktoś, kto równie mocno zadziwi mnie jazzem tak jak „The First Lady of Song„. Właśnie znowu się zadziwiłem i szczerze zakochałem. Lucy Yeghiazaryan i jej „Blue Heaven” jest tego przyczyną.


Wielu chce, ale mało kto dziś potrafi wzniecić żar jazzu lat 50/60. Można się inspirować, ba, nawet powinno, ale z tą magią do tworzenia trzeba się urodzić. Lucy to ma. Dostała ogromny dar od losu, brzmi i śpiewa tak, jakby ona wydobywała się z dźwięku a nie on z niej. Jest sentymentalna w swojej barwie, ale potrafi przynieść radość i ukojenie. Jest moc i głębia, ale nie afiszuje się z nią by pokazać ekstremum swoich możliwości. Nie potrzeba jej wielkiej orkiestry, ani zastępów muzyków. Album nagrany jest oszczędnie, wręcz ascetycznie. Delikatna gitara, kontrabas, saksofon, mały zestaw perkusyjny i linia wokalu. Zupełnie tak, jakby stała z tym kwartetem muzycznym naprzeciwko i śpiewała wprost do ucha. Szanuję i podziwiam takie projekty, bo nie ma tu miejsca na ukrywanie niedoskonałości. „Blue heaven” jest czysty jak błękit nieba właśnie. Sięgnęli po repertuar klasyczny i co za tym idzie bardzo trudny, bo nie jest sztuką odśpiewać znane evergreeny, ale wykonać je tak, jakby słuchało się ich pierwszy raz. „It’s crazy”, „I got a feeling I’m fallin’”, „Thou swell”… wszystkie te utwory dobrze znamy i słuchać ich możemy w wykonaniu całej elity dzisiejszego jazzu. 

Yeghiazaryan pochodzi z Armenii, ale w wieku 11 lat razem z rodziną wyemigrowała do Stanów, gdzie karierę muzyczną rozwijała jako skrzypaczka i wokalistka w formacjach zrzeszających lokalną społeczność ormiańską. Dziś jazzem zajmuje się zawodowo prowadząc cyklicznie audycje, koncertując w prestiżowych jazzowych centrach kultury, a także udzielając się w słynnym YY Sister wykonując średniowieczną, ludową muzykę ormiańską. Ukończenie wokalnego jazzu na Temple University zwieńczone jest albumem wydanym nakładem Cellar Music.

Lekki, klasyczny jazz najwyższej próby zaśpiewany w sposób, z którego Ella byłaby dumna.

Fenomenalnie ilustruje to zamykający materiał „My blue heaven” z repertuaru Franka Sinatry. Numer jakby stworzony dla Yeghiazaryan. Melodyjne frazowanie przeplatane konkretnym scattem jest kwintesencją tego, co znajduje się na albumie. Swingujące „Sweet pumpkinBlue Mitchell’a od razu przenosi w zadymiony, wypchany po brzegi jazzowy klub, gdzie każdy chciałby posłuchać tej nowej, fantastycznej wokalistki. Utwory brzmią bowiem, jakby wraz ze swoimi muzykami (Daniel Duke – bas, Greg Ruggerio – gitara, Grand Steward – saksofon tenorowy, Steve Williams – perkusja) nagrali całość jednym tchem. Nadziwić się nie mogę jak naturalnie, czysto i miękko im to wyszło. „That old devil called love” będąc coverem Alison Moyet zrobił dodatkowo rzecz niespotykaną, bo (jak dla mnie) zdetronizował pierwowzór, który wydaje się teraz być zbyt rozrywkowym. Lucy zrobiła z niego dzieło na miarę American Song Book

Mogę tak zachwycać dzień i noc, a potem kolejny dzień i kolejną noc.

Uważam, że niecodziennie się zdarza, aby totalnie nieznana w skali światowej młoda wokalistka nagrała album przepiękny w swej doskonałości. Są to co prawda tylko (i aż) covery, ale potencjału, charyzmy i uczuć nie da się ani skopiować, ani wyprodukować. Wystarczy posłuchać „Tenderly” w jej wykonaniu, aby zrozumieć jak potężny to talent. Moja miłość do klasycznego jazzu stawia Lucy Yeghiazaryan i cudowny „Blue heaven” obok kolekcji płyt Elli Fitzgerald. Jestem przekonany, że to zasłużone i adekwatne dla Niej miejsce. 

Ocena płyty: