Tigran Hamasyan to jeden z najbardziej twórczych pianistów jazzowych młodego pokolenia. To także artysta, przy muzyce którego ciężko się nudzić. Raz bowiem nagrywa płyty pełne rockowo-metalowych riffów, innym razem sięga po dawne pieśni ormiańskie, a następnym po wyciszone medytacje. Uparcie przy tym twierdzi, że treść tych wszystkich materiałów tak naprawdę się od siebie wcale nie różni. O procesie twórczym, ormiańskich korzeniach i nadchodzącym koncercie w Bielsku-Białej (w ramach 17 Jazzowej Jesieni im. Tomasza Stańko) opowiada w rozmowie z nami.


Nieomal udało mi się zobaczyć Cię na koncercie w Bielsku już dwa lata temu, ale niestety występ został w ostatniej chwili odwołany. Wtedy zastąpił Cię kwartet Johna Medeskiego, który wypadł całkiem nieźle, ale mimo wszystko publiczność nie kryła rozczarowania.

Tak, musiałem wtedy przejść poważną operację gardła. Nie mogłem nawet wtedy wymówić słowa, nie mówiąc o grze. W tym roku jednak nie przewiduję żadnych niespodzianek tego typu.(śmiech)

Twoja muzyka jest bardzo różnorodna. Czasami brzmi jakbyś chciał nią zadawać ciosy, innym razem to, co grasz jest niezwykle łagodne i przypomina dźwięki kołysanki. 

Lubię rzeczy energicznie, dokładnie tak samo jak spokojne i medytacyjne. Dla mnie jako kompozytora istotna jest przede wszystkim treść tego, co tworzę. A w jaki sposób to potem opakowuję, to sprawa drugorzędna. Zresztą, jeśli uważnie przysłuchasz się niektórym fragmentom teoretycznie wyciszonego “Ancient Observer”, to zauważysz jak wiele jest tam momentów, które mają swój korzeń w ciężkiej muzyce rockowej czy metalowej. Tak naprawdę muzyka z tego albumu nie różni się istotnie od tego, co możesz znaleźć na “Mockroot” czy “Shadow Theatre”. Wychowałem się słuchając mnóstwa rocka, mój ojciec był wielkim fanem takich zespołów jak Black Sabbath czy Led Zeppelin, jednocześnie w domu był też muzyka klasyczna i jazz. Myślę, że wszystkie te nurty w jakimś stopniu wpłynęły na mnie.


Każdy Twój album jest zupełnie inny, a jednocześnie Twoja muzyka zachowuje charakterystyczne elementy. 

Tak, moje albumy są bardzo różnorodne. I bardzo cieszę, że tak właśnie jest. Nie potrafiłbym wypuścić 4 identycznych albumów zagranych w formacie akustyczne trio. Myślę, że byłoby to mało interesujące. Poza tym, lubię pracować projektowo. Zrealizować projekt, a potem ruszać do następnych, kolejnych wyzwań z innymi pomysłami czy muzykami. 

Chciałbym jednak, żeby istniało coś takiego jak styl Tigrana. Niezależnie czy piszę na orkiestrę, chór, fortepian solo czy rockowego trio. Cieszyłbym się, gdyby za każdym razem ktoś mógłby powiedzieć – acha, to jest właśnie kompozycja Hamasyana. 

Myślę, też że aby być naprawdę kreatywnym musisz w pewnym sensie ograniczyć pole, w którym się poruszasz. I właśnie w tym polu być wolnym. Wiesz o co mi chodzi? Wybierasz jedną jedną rzecz i jesteś wolny w tej jednej rzeczy.

Brzmi jakby warunkiem kreatywności było wstępne opanowanie chaosu. 

Dokładnie tak! Nie wyobrażam sobie tworzenia w inny sposób.

Jesteś mocno skoncentrowany na prezentowaniu ormiańskiej kultury. Czy to rodzaj misji, spłaty długów wobec rodzinnych stron?

To nie misja, ale coś co przychodzi naturalnie. Jestem zaprogramowany na ormiańskie dźwięki, to jak moja matryca. Powiem Ci, że muszę bardzo się postarać się, kiedy nie zabrzmieć ormiańsko.

To jak mówienie językiem, który brzmi dla Ciebie jak dom, takim właśnie językiem mówię w sensie muzycznym. Oczywiście nie wszystkie moje piosenki mają ormiańskie korzenie, ale, ale myślę, że większość ma ormiańskie wpływy. To mnie fascynuje. To część mnie. To część mojego myślenia. 


Muzyka folkowa nie cieszy się obecnie przesadną popularnością. Czy ten fakt wpływa na to jak sam do niej podchodzisz?

Powodem dla którego ludzie odchodzą od tradycji folkowej jest westernizacja i globalizacja kultury. Uważam jednak, że nie wolno nam zapominać o tych tradycjach, które kształtowały nas wcześniej, a przecież wiele z nich znajduje się już na granicy wymarcia lub całkowicie zanikła, stając się czymś w rodzaju muzealnych eksponatów. Moim marzeniem jest odnowienie dawnych tradycji. Wierzę, że genetycznie albo epigenetycznie, pozostają w nas ślady przeszłości, które można na różne sposoby uruchomiać i dzięki temu ocalić je.

Chociaż ocalić – to nie do końca dobre słowo. Ocalić oznaczałoby, że chodzi o to, żeby uczynić z nich artefakt. A przecież mówimy o realnych, żywych doświadczeniach. Najtrudniejszym więc wyzwaniem jest włączyć te tradycyjne elementy w codzienność w nowoczesnym świecie. To trudne, ale przecież to, co rozumiemy pod pojęciem “nowoczesność” to jest tylko czyjś wymysł, jakiś stan rzeczy, który nie musi być dany raz na zawsze. 

Powiedz, czego możemy spodziewać się na Twoim koncercie 15 listopada w Bielsku Białej?

Będzie szeroki przekrój materiału, będzie kilka piosenek z “Luys i Luso”, projektu w którym eksploruję tradycyjne pieśni ormiańskie, sięgające nawet V wieku n. e. Do tego sporo kawałków z “Ancient Observer”, mojej ostatniej studyjnej płyty. A także trochę nowości oraz kilka ormiańskich piosenek. 

Od premiery “Ancient Observer” minęły już dwa lata, czy masz już plany na kolejne albumy?

W zasadzie, to na ukończeniu są mixy do nowego, świeżego materiału. To będzie album nagrany w trio z kilkoma dodatkowymi gośćmi. Nie zdradzę Ci jeszcze tytułu albumy, ale mogę powiedzieć, że to będzie mocny ciężki album. Kolejny projekt na mojej drodze twórczej.