Krystyna Stańko wydała właśnie najnowszy album zatytułowany „Aquarius”. Patrzę i trochę nie dowierzam, bo tam same covery. Myślę sobie, cóż będzie trzeba się przekonać i zapewne trochę pomęczyć, bo coverów to ja nie lubię. Zerknąłem jeszcze tylko któż to zaaranżował i wyprodukował… Krzysztof Herdzin! Hmmmm… Czyli jednak może być ciekawie. Już od pierwszych dźwięków wiedziałem, że to nie jest album z coverami jakie znam. Pani Krystyna jest wokalnie zakorzeniona w stylowym old-jazzie i już po jednej frazie wiadomo, że Ona to Ona.

krystyna stanko

Otwierający album utwór „Once I loved” urzeka subtelną lekkością smyczków. To jest właśnie największy atut Aquarius‚a. Lekkość. Płynie się tu z nurtem bossa-novy, smooth jazzu i latino-jazzu, czasami zatrzymując się w jakże minimalistycznych oldschoolach. Kameralna orkiestra Sinfonia Viva prowadzona przez Herdzina rozkłada na łopatki, a aksamitny głos Stańko przeplata się między instrumentami jak złota nić. Choć utwory są dobrze znane, bo to evergreeny i standardy, to słucha się ich z ciekawością i zaintrygowaniem. „Waters of march” z frywolnym ksylofonem energetycznie pobudza zainteresowanie albumem.

500 Miles High” swoim aranżem przywołuje mi na myśl ostatni album Stacey Kent, nagrany także z orkiestrą. Może ktoś się tu wzorował? Absolutnie nie jest to żaden zarzut! Jest po prostu równie niebiańsko jak tam. Gitara uzupełnia tę bujającą się balladę o lekko ostry smaczek. Dalej jest także kolorowo, bo „The midnight sun” pokazuje geniusz frazowania i zabawy wokalnej artystki. Skacze sobie ona po dźwiękach jak mała dziewczynka po kałużach. Swobodnie i radośnie. Dodatkowo Mateusz Smoczyński uzupełnia głód improwizacyjnych solówek. Tak, to ten sam Mateusz z Atom String Quartet, chociaż ostatnio to bardziej rzec, że to ten solista, który zbiera same nagrody, pochwały i uznanie. Nie mogło być inaczej, jak tylko zaprosić go na ten przepiękny album.

Obok bajecznych, melodyjnych i lekkich aranżacji jest też kilka nieco trudniejszych. „All the things you are” cudnie odpręża, ale jednocześnie bardzo skupia na sobie uwagę. Przez pół utworu można rozkoszować się melodyjnym scatem, połączonym z kontrabasem i wibrafonem. To tak, jakby unieść się na chwilę i pozostać między niebem i ziemią. Nie jest to jednak zbyt długie lenistwo, bo następny „My favorite things” ma energię w swojej strukturze i nie ma siły, aby się nie rozbudzić. Znów wielką robotę robią tu smyczki. Aż sobie puszczam jeszcze raz, bo jest to jedna z tych kompozycji, która zawsze za szybko się kończy. O utworze „You don’t know what love is” nie powiem nic. Bo jeśli miałbym powiedzieć, że dla mnie to wykonanie jest porównywalne, a może i lepsze niż wykonanie Elli Fitzgerald to… właśnie, to co? Ktoś się zestresuje? :)


Moim ulubionym numerem jest natomiast „This happy madness”. Wokal i kontrabas to moje ulubione połączenie w muzyce. Nie przypadkowo moim ulubionym jazzowym albumem jest właśnie duet Sinne Eeg i Thomasa Fonnesbaek’a „Eeg – Fonnesbaek”. Krystyna Stańko i Piotr Lemańczyk w niczym nie odbiegają od tamtych dwojga. O każdym utworze z tego albumu mogę pisać jedynie zachwycając się. Nie ma tu ani jednej słabej nuty, ani jednej słabej aranżacji, ani jednej rzeczy, która by mi przeszkadzała. Jest pięknie. Ale tak naturalnie pięknie. Słucham w swoim życiu mnóstwo płyt dopieszczonych bajerami, albo wypolerowanych przez zastępy producentów. Tutaj są tak naprawdę tylko dwie rzeczy doprowadzające całość do spełnienia. Wokal Krystyny Stańko i aranże Krzysztofa Herdzina. Tak po prostu. Naturalnie. Chwila, jest jedna trzecia rzecz: utwór „Zmierzch” zamykający album. Majstersztyk.

Ocena płyty: