Tal Cohen to dwudziestoośmioletni pianista i kompozytor urodzony w Izraelu i wychowany w Australii. Jest jednym z najbardziej oryginalnych i utalentowanych muzyków na dzisiejszej scenie jazzowej oraz laureatem wielu nagród. Jedna z nich pozwoliła mu zarejestrować i wydać aż trzy płyty.

Muzyk już za kilka dni wystąpi na tegorocznej edycji Sopot Jazz Festival.

Podczas ponad kwadransa rozmowy opowiedział nam o swojej artystycznej drodze i podsumował swoje dotychczasowe dokonania.

W Twojej biografii pojawia się informacja o tym, że urodziłeś się w Izraelu, jednak wychowywałeś się w Australii. Nigdzie jednak nie znalazłem informacji o tym, jak doszło do tego, że zacząłeś grać na fortepianie?

Moja przygoda z fortepianem zaczęła się od mojej mamy, która sama zaczęła pobierać lekcje gry, a następnie wręcz zmuszać mnie do tego, bym sam też zaczął się uczyć grania. Miałem wtedy pięć albo sześć lat. Początkowo nie sprawiało mi to zbyt wielkiej radości, ale z czasem przekonałem się do grania na fortepianie, a nawet zapałałem do niego miłością. Grałem muzykę klasyczną oraz tradycyjną muzykę żydowską. Do dziś stanowią one moją główną inspirację przy tworzeniu własnych utworów.

A która muzyka jest dla Ciebie ważniejsza: klasyczna, czy tradycyjna muzyka żydowska?

Obie są ze sobą silnie związane. Jesteś z Polski, więc pewnie doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, ile wpływów europejskich jest w Izraelu. Jedzenie, czy kultura są nimi silnie nasiąknięte. Moi dziadkowie pochodzą z Czech i z Polski. Po II wojnie światowej mnóstwo ludzi wyemigrowało z Europy do Izraela, zabierając ze sobą jej wpływy, a wśród nich także muzykę klasyczną. W związku z tym różnorodność klasyki w Izraelu jest ogromna. Poza tym ogromnie ważna jest także muzyka klezmerska i wspomniana już tradycyjna muzyka żydowska. Oba te nurty są silnie zainspirowane klasyczną muzyką pochodzącą z Europy. Odpowiadając na twoje pytanie: trudno mi wskazać, która muzyka jest ważniejsza. Raczej należy zadać pytanie: który gatunek muzyki silniej oddziałuje? W moim przypadku zarówno muzyka klasyczna, jak i tradycyjna muzyka żydowska oddziałują równie mocno na to, co sam tworzę.

Skąd zatem pojawił się w Twoim życiu jazz?

W Izraelu, kiedy grałem jeszcze muzykę klasyczną, w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że potrzebuję czegoś bardziej intensywnego i kreatywnego. Obecnie w muzyce klasycznej brakuje elementu improwizacji, co bardzo mnie smuci. Kiedy spojrzysz na muzykę klasyczną sprzed wieków, jak na przykład na twórczość Bacha, to zauważysz, że ona była głównie improwizowana. Jeśli dziś weźmiesz klasycznie wykształconego muzyka i zabierzesz mu nuty, to może się okazać, że w zasadzie on nie potrafi grać niczego innego… A jazz daje możliwość bycia kreatywnym, daje szansę na przemówienie swoim własnym muzycznym językiem. Możesz ustalać w nim własne reguły i popełniać błędy, które da się zamienić w coś nowego. Gdy zaś w to wejdziesz i zaczniesz się w tym odpowiednio poruszać, da ci to niesamowitą satysfakcję.

Dotarłem do całej Twojej dyskografii. Wszystkie Twoje albumy zostały wydane na fizycznych nośnikach poza płytą „Innocent Dreamer”. Dlaczego?

Dobre pytanie (śmiech). „Innocent Dreamer” został wydany fizycznie tylko w Australii i koncertowałem z materiałem z tej płyty tylko i wyłącznie w Australii. Mam fizyczne kopie tego albumu i można je dostać tylko na moich koncertach. Natomiast przede wszystkim ten album jest dostępny w wersji cyfrowej.

Czemu zatem płytę swoją ostatnią płytę „Gentle Giants” nie wydałeś także tylko w formie cyfrowej?

„Gentle Giants” został wydany we wszystkich formach, właśnie dlatego że promuję go na całym świecie. Jeśli przyjdziesz na mój koncert, to bez problemu kupisz ten album, niezależnie od tego, czy gram w Dubaju, Londynie, czy Nowym Jorku.

Jedynym muzykiem, który pojawia się na wszystkich Twoich płytach jest saksofonista Jamie Oehlers. W ubiegłym roku jednak wydałeś także płytę „Intertwined” z Danielle Wertz. Czemu Jamie na niej nie zagrał?

Jamie Oehlers jest moim przyjacielem. Kiedy zacząłem studia na Uniwersytecie w Australii, byłem dość przerażonym dzieciakiem. Jamie, który jest międzynarodowym artystą i niesamowitym muzykiem, wziął mnie pod swoje skrzydła. Został moim mentorem. Pamiętam, jak wysłał mi emaila o zabukowanej trasie koncertowej, na którą pojechaliśmy. Byłem niesamowicie podekscytowany! Kiedy graliśmy operze w Sydney, otrzymałem nagrodę Freedman Fellowship, która zapewniła mi kontrakt płytowy i 50000 dolarów na nagranie płyty. Dzięki temu mogłem ściągnąć Jamiego do Stanów, zaprosić też innych muzyków, jak chociażby Grega Osby’ego i nagrać z nimi „Gente Giants”. To niesamowita kombinacja muzyków z Izraela, Australii i Stanów. Natomiast druga część nagrody pozwalała na korzystanie za darmo ze studiów ABC w Australii i robienie w nich to, na co mam ochotę. W ten sposób ściągnąłem Danielle Wertz i nagrałem z nią „Interwined”. Natomiast Jamie pojawia się na tej płycie już w pierwszym utworze „Beautiful Love”. Zaś za to, co zostało z nagrody Freedman Fellowship nagraliśmy we dwójkę album „Innocent Dreamer”, o którym już rozmawialiśmy.

Słuchając „Gentle Giants”, zauważyłem, że zostawiłeś dużo miejsca Gregowi i Jamiemu. Zastanawiam się, któremu z nich przypadły główne partie saksofonu na tej płycie?

Podchwytliwe pytanie (śmiech). Greg zagrał na saksofonie altowym, a Jamie na saksofonie tenorowym. Jak wiadomo, ten drugi ma niższe brzmienie. Na płycie jest kilka utworów, w których gra tylko Greg i kilka, w których usłyszeć można jedynie Jamiego. Podzielili się po równo pod tym względem, a w dwóch utworach grają obaj.

Czemu utwór Lo Haya”, który zadedykowałeś swojej rodzinie, jest podzielony na dwie części? Druga jest zaledwie zapętleniem głównego tematu, który rozbrzmiewa w pierwszej.

Wiesz, kiedy gram ten utwór na żywo nie jestem w stanie zagrać go w ten sposób. Wówczas grany jest główny temat bez żadnych loopów. Na płycie jednak mogę sobie pozwolić na takie zabawy. Poza tym utwór w całości ma 16 minut, więc musiałem go podzielić na dwie części. W pierwszej części zagrał Jamie, a w drugiej Greg, więc tym bardziej pokazuje to oba oblicza tej kompozycji.

Na tegorocznym Sopot Jazz Festival zagrasz z polskimi muzykami: trębaczem Tomaszem Dąbrowskim oraz perkusistą Jakubem Miarczyńskim. Natomiast na kontrabasie będzie wam towarzyszył Irlandczyk Barry Donohue. Nie chciałeś ściągnąć Jamiego do Sopotu?

To akurat kwestia budżetowa. Wiesz, ściągnięcie muzyka z Australii, to ogromne koszty. Samo wydostanie się z Australii jest bardzo drogie. Ale jestem podekscytowany tym, że będę grał z Tomkiem, Jakubem i Barrym. Słyszałem ich. To znakomici muzycy. Barry’ego poznałem, kiedy koncertowałem z zespołem Jamiego. Nawet kilka razy graliśmy ze sobą. Natomiast z pozostałymi muzykami jeszcze nie miałem okazji spotkać się na scenie, więc czekam z niecierpliwością na ten koncert.