„Live in Europe” to pierwszy koncertowy album Melody Gardot, amerykańskiej piosenkarki, kompozytorki, pianistki i gitarzystki jazzowej, której druga płyta „My One and Only Thrill” z 2009 roku rozeszła się na świecie w liczbie ponad półtora miliona kopii.

„Live in Europe” ukazuje się 9 lutego w dwóch formatach – 2CD i 3LP – i zawiera najlepsze wykonania i największe przeboje artystki nagrane na żywo w latach 2012 – 2016. W zestawie znajdują się takie przeboje jak „Baby I’m a Fool”, „My One and Only Thrill”, „Les Etoiles” czy „March for Mingus”, zarejestrowane między innymi w Paryżu, Wiedniu, Amsterdamie, Barcelonie czy Lizbonie.

Premiera podwójnego krążka odbyła się 9 lutego. 

Gardot, w której żyłach płynie także polska krew, rozpocznie niedługo pracę nad kolejnym studyjnym albumem. Fanów ucieszy na pewno informacja, że w tym roku artystka dwukrotnie przyjedzie do naszego kraju i wystąpi 6 lipca w ramach Młyn Jazz Festivalu w Wadowicach oraz 27 lipca w Gdynia Arena w ramach Ladies’ Jazz Festival.

– Ta płyta jest całusem ode mnie dla każdego słuchacza i podziękowaniem za możliwość grania dla tylu ludzi na przestrzeni tych wszystkich lat. To prezent dla nich, dowód mojej wdzięczności i miłości, ale też podarunek dla mnie, wypełniony mnóstwem pięknych wspomnień. A przy okazji daje mi możliwość zaprezentowania ogromnej muzycznej różnorodności – mówi Melody Gardot o swoim pierwszym koncertowym albumie „Live in Europe”. – podkreśla.

„Live in Europe” nie jest zapisem jednego koncertu, lecz zbiorem piosenek nagranych na przestrzeni kilku lat w różnych europejskich miastach. Wybór był trudny?

I tak, i nie. Na obu płytach rzeczywiście są moje koncertowe archiwa, z lat 2012-2016. Rejestruję każdy swój koncert dlatego, że potem go słucham, by móc sprawdzić, jak zaśpiewałam i jak zagrał zespół. Robimy z tego notatki, dyskutujemy, a same nagrania zachowujemy dla siebie. Konsoleta, jakiej tym razem używaliśmy, dała nam jednak możliwość rejestracji wielościeżkowej, więc wszystko brzmiało naprawdę wspaniale. Mimo to nie planowaliśmy z tym nic zrobić.

A jednak…

Od kilku lat często słyszałam pytania, czy zamierzam wydać klasyczne koncertowe CD i ta myśl naturalnie we mnie kiełkowała. Zamiast jednak postawić standardowo na jeden koncert z jakiegoś miasta, uznałam, że warto by było wyróżnić więcej miejsc, niejako próbując podziękować tak wielu ludziom jak to tylko możliwe. I wtedy powstał pomysł wydania płyty z nagraniami z całej Europy. Niestety, nie wszystkie twarde dyski były w dobrej kondycji. Boleję na przykład, że zapis naprawdę wspaniałego koncertu z Wrocławia [25 kwietnia 2013 roku w Hali Stulecia – aut.] nie nadawał się do użycia.

Po czym poznajesz, że koncert jest naprawdę wspaniały?

Wpływa na to wiele czynników, ale akurat tamten we Wrocławiu odbywał się w dniu urodzin Elli Fitzgerald, więc na koniec zagraliśmy dla niej piękny hołd. Publiczność była przecudowna i choćby z tego względu chciałam umieścić jakiś fragment. Niestety, dysk padł, więc nie byliśmy w stanie tego zrobić.

Ta płyta jest całusem ode mnie dla każdego słuchacza i podziękowaniem za możliwość grania dla tylu ludzi na przestrzeni tych wszystkich lat. To prezent dla nich, dowód mojej wdzięczności i miłości, ale też podarunek dla mnie, wypełniony mnóstwem pięknych wspomnień. A przy okazji daje mi możliwość zaprezentowania ogromnej muzycznej różnorodności. Są tu piosenki kameralne i rozbudowane, nagrane z małym i dużym zespołem.

Kiedy śpiewasz na scenie, starasz się być maksymalnie skoncentrowana czy jednak pozwalasz sobie na improwizację?

Wszystko jest oparte na improwizacji, zainspirowane nią. I właśnie dlatego rejestrujemy te koncerty, by móc do nich wrócić i na przykład dokonać jakichś zmian czy korekt. Dzięki temu możemy wydobyć z improwizowanych partii, które świetnie się sprawdziły, pewne patenty na kolejny koncert, a czasem nawet stworzyć w oparciu o nie podwalinę czy strukturę nowej piosenki.

Muszę jednak przyznać, że improwizacja sceniczna nie jest dzisiaj taka jak przed laty, kiedy była bardzo ważna, zwłaszcza dla małych zespołów. Bo im on większy, tym mniej miejsca na improwizację. Kiedy masz ośmiu czy dziewięciu muzyków na scenie i nagle gitarzysta czy pianista wpadają na jakiś pomysł, to bas, róg, organy i bębny muszą wiedzieć, co się dzieje. A więc improwizacja jest dziś bardziej restrykcyjnie używana, chociaż nadal jest dla niej miejsce. Dla mnie jest bardzo ważna i wcale nie wyklucza skupienia.

Miewasz tremę przed wyjściem na scenę?

Tremę? Nigdy! Żadnej termy [śmiech].

A stosujesz jakieś przedkoncertowe rytuały?

Wiesz, muszę być pewna, że wychodzę na scenę czysta, ubrana i gotowa [śmiech]. Przed każdym koncertem spotykamy się z zespołem, podajemy sobie dłonie i się wspieramy. Po prostu dziękujemy za to, gdzie jesteśmy i co osiągnęliśmy, za wzajemną energię, dzięki której możemy dać z siebie tyle, ile dajemy. Gdybyś nas w takiej sytuacji zobaczył, zapewne skojarzyłoby ci się to z drużyną sportową mobilizującą się przed meczem czy zawodami.

Dostrzegasz różnicę w odbiorze swojej muzyki w zależności od miejsca, w którym występujesz?

Każde państwo, każdy kraj ma swój sposób wyrażania emocji, więc jedne miejsca są mocniej wyciszone, okazują więcej skupienia, refleksji i powagi, a inne są bardziej hałaśliwe i głośne. Generalnie, bycie na scenie jest doświadczeniem bardzo emocjonalnym. Ludzie śpiewają z tobą, ruszają się, czasem tańczą i zawsze jest to mieszanka uśmiechu i łez, w zależności od charakteru danej piosenki. Ale geografia nie ma tu większego znaczenia, gdyż w każdym miejscu udaje mi się nawiązywać bliski kontakt z publicznością.

Od premiery twojego czwartego albumu „The Currency of Man” miną w czerwcu trzy lata. Myślisz już o następnym?

Myślę i powoli się do niego przymierzam.

Tamta płyta była najbardziej zróżnicowaną w twoim dorobku, gdyż oprócz jazzu znalazły się w tych piosenkach elementy soulu, gospel, a nawet rocka. Zamierzasz pójść w podobnym kierunku?

Jako twórca nie podchodzę do pisania w taki sposób. Kiedy tworzę kolejną płytę, wpływa na nią szereg czynników, wynikających choćby z czasu i miejsca, w którym ona powstaje, pewnego tematu i kontekstu. Dla przykładu „The Currency of Man” pisałam i nagrywałam w Stanach Zjednoczonych, głównie w Los Angeles, więc siłą rzeczy to, czego tam doświadczałam i co widziałam, miało swoje odbicie w piosenkach. Każda z nich ma swoją własną osobowość, ale stanowi część większej całości, czegoś na kształt sztuki scenicznej. I kiedy patrzę na płyty, jakie zrobiłam, traktuję je trochę jak książki lub przedstawienia teatralne. Każde jest inne, żadne nie kontynuuje poprzedniego. Kto wie, być może mój następny album będzie utrzymany w konwencji arabskiej albo afro-kubańskiej? [śmiech] Wszystko zależne jest od tego, gdzie w danym momencie znajdzie się moje serce, co będę czuć i jakie tematy zechcę poruszyć.

Mogę więc powiedzieć, że rzeczywiście pracuję nad nowym albumem, nawiązałam kilka bardzo fajnych współprac, ale jako że nie postawiłam jeszcze nogi w studio, nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć, co z tego wyjdzie. Na pewno stworzę coś, co będzie odpowiadało obecnym czasom i temu, co w tej chwili czuję oraz co moim zdaniem powinno być powiedziane.

Co jest dla ciebie ważniejsze – melodia, rytm czy harmonia?

Trudne pytanie. Równie dobrze można się zastanawiać, czy ważniejszy jest chleb, wino czy woda – potrzebujemy przecież każdej z tych trzech rzeczy [śmiech]. I podobnie muzyka, by miała swój charakter, potrzebuje melodii, rytmu i harmonii. Jestem jednak przekonana, że tym, na co ludzie najbardziej zwracają uwagę i najlepiej zapamiętują w piosenkach, jest melodia. Nawet jeśli nie znają słów i nie są w stanie powiedzieć, jaki utwór ma rytm, melodia spaja całość i identyfikuje. Harmonia jest pewnym dodatkiem, przyprawą, jak sól czy pieprz.

Nie jest więc istotne to, co jest ważniejsze. Na tej samej zasadzie nigdy bym nie powiedziała, że Shirley Horn jest lepsza od Charliego Parkera, a balet od swingu. W muzyce jest miejsce na wszystko,

A jakie melodie najczęściej słyszysz w swojej głowie?

Romantyczne [śmiech].

Spotkałaś kiedyś kogoś, kto ma na imię Melody?

Owszem, jest nas kilka na świecie, na przykład w Japonii.

Często mówisz o sobie, że jesteś obywatelką tego świata. Co to tak naprawdę dla ciebie znaczy?

To, że czuję się jak w domu, gdziekolwiek jestem.

Jesteś Amerykanką, ale masz polskie, francuskie, czeskie i austriackie korzenie. Czy przyszłość świata leży właśnie w mieszaniu ze sobą różnych kultur czy raczej ich pielęgnacji i starannym rozróżnianiu? 

Nie jestem ani antropologiem ani politykiem, więc moja perspektywa wynika w znacznym stopniu z tego, jak sama patrzę na świat poprzez muzykę, i z faktu, że urodziłam się i wychowałam w Stanach Zjednoczonych.

Kraju imigrantów. 

Właśnie. Uważam, że powinnyśmy wiedzieć, co zatrzymać, by to przetrwało, i na co być otwartym w każdym przypadku, by zaakceptować innych, którzy są wokół nas. Wychowałam się w Stanach i chociaż moja matka znała polski, w pewnym momencie w domu przestano go używać, ponieważ wszyscy mieli poczucie, jak wiele innych rodzin, że trzeba mówić po angielsku. A więc zamiast mówienia dwoma językami skupiliśmy się na jednym, chociaż wybrane osoby w rodzinie dalej używały polskiego. A i ja mówiłam do swojego dziadka „dziadziuś”, a do każdej z ciotek zwracałam się „ciociu”. Do tego na stole podczas świąt gościło polskie jedzenie. Byłam jednak wychowywana na Amerykankę, w efekcie na pewno coś tracąc.

Dzisiejsza młoda generacja do końca nie wie, skąd pochodzi, nie zna tradycji swoich dziadków, a kiedy oni i rodzice odchodzą, nie zna nikogo, kto mógłby im ją przywrócić czy pomóc podtrzymać. Tak już jest natura imigracji. I nie tylko. Kiedy Hawaje przyłączyły się do Stanów Zjednoczonych [w 1959 roku – aut.], Amerykanie pozwolili mieszkańcom, by zachowali swój własny język. Ale dziś tamtejsi młodzi ludzie praktycznie nie znają hawajskiego. To pokazuje, że mieszając kultury, można wiele zyskać, ale i coś stracić. Trzeba to więc robić z ostrożnością. Spójrz na przykład na muzykę fado w Portugalii, niezwykle tradycyjną. Portugalczycy muszą ją taką utrzymać, dbać o jej autentyczność, gdyż wszelkie próby zmienienia jej sprawią, iż ona zniknie. Potrzebujemy na pewno idealnego balansu.

Tylko że aktualne wydarzenia na świecie pokazują, iż o balans coraz trudniej.

To prawda. Ale trzeba próbować. Totalna ksenofobia zakłóca możliwość wzajemnej akceptacji. Nie zawsze też multikulturowość jest dobra. Odwiedziłam bardzo wiele miejsc na świecie i często spotykałam szokujące widoki. Widziałam Arabów i Beduinów na środku pustyni, mówiących własnym językiem i spożywających własne posiłki, a obok stał… McDonald’s.

Myślę, że nie ma prostej odpowiedzi na twoje pytanie. Ludzie powinni być po prostu świadomi tego, co jest dla nich ważne, i muszą umieć to zachować, pozwalając jednocześnie, by docierały do nich nowe wpływy. Świat staje się globalnym miejscem, w którym podstawą jest Internet. Nawet teraz rozmawiamy przez telefon, ty w Polsce, ja we Francji, a kiedyś musielibyśmy słać listy albo telegramy. Mamy o wiele większe możliwości niż kiedyś, ale musimy też mieć możliwość zachowania swojej tożsamości, pozostając otwartymi i serdecznymi dla tych, którzy są wokół nas. Jesteśmy w stanie tworzyć świat niemal bez granic, a ich ostatnią pozostałością są terytoria krajów. Utrzymanie naszej kultury przy jednoczesnym zachowaniu człowieczeństwa jest więc potężnym zadaniem, które stoi przed politykami i nami samymi.

Muzyka jest twoim najbardziej uniwersalnym językiem świata?

Oczywiście. Właśnie dlatego, że każdym miejscu na świecie mogę się za jej pomocą komunikować, także z ludźmi, którzy nie znają tekstów moich piosenek.

Z czego jesteś w życiu najbardziej dumna?

Nie wiem… To bardzo trudne pytanie, chociaż może wydawać się łatwe. Chyba z umiejętności odnajdywania i czerpania radości ze wszystkiego, co robię, czym się zajmuję, z czym się spotykam. Nie wiem, czy można to traktować w kategorii osiągnięcia, ale jest to poczucie bardzo inspirujące, kiedy znajduję śmiech i radość w każdej sytuacji, nawet bardzo trudnej.

Na pewno też jestem dumna z mojego niezwykle wyrafinowanego fizycznie osiągnięcia, które nie byłoby możliwie bez determinacji i poświęcenia ogromnej ilości energii, dzięki czemu mogłam po latach zacząć chodzić bez laski czy nawet chwilę potańczyć [w 2003 roku w Melody, jadącą prawidłowo na rowerze, uderzył rozpędzony samochód. Ledwie przeżyła wypadek, straciła na pewien czas pamięć i mowę, przez rok leżała unieruchomiona w gipsie. Lekarze zalecili jej między innymi terapię muzyką i to w szpitalu nauczyła się grać na gitarze i zaczęła komponować piosenki. Do dziś ma poważne problemy z kręgosłupem, musi też nosić okulary, gdyż jest nadwrażliwa na światło – aut.]. Jestem dumna, że po tych wszystkich doświadczeniach potrafię się uśmiechać.

Jesteś znaną propagatorką terapii muzycznej, uczestniczysz nawet w takim programie swojego imienia w New Jersey. Tego rodzaju terapia potrafi czynić cuda?

Ogromne. Przywraca zarówno utracone tymczasowo zdolności fizyczne, jak i umysłowe. Nie mogę się doczekać, kiedy będę miała trochę wolnego i wezmę udział w kolejnych programach. Pomoc innym, danie im możliwości skorzystania z moich doświadczeń, to moja wielka pasja. Głęboko wierzę, że posiadanie wiedzy ma wartość tylko wtedy, kiedy się nią dzielimy z innymi. Zwłaszcza z młodymi. To oni są przyszłością tego świata i powinniśmy być dla nich jak największym wsparciem, a czasem i drogowskazem.

Z tego, co wiem, w tym roku ponownie przyjdziesz do Polski, i to nie raz.

Tak, wystąpię na dwóch festiwalach jazzowych [6 lipca w ramach Młyn Jazz Festivalu w Wadowicach i 27 lipca w Gdynia Arena w ramach Ladies’ Jazz Festival]. Nie mogę się doczekać.

Polska zawsze była dla mnie miejsce specjalnym, ponieważ moja rodzina ma częściowo polskie korzenie [babcia Melody była powojenną emigrantką z Polski – aut.]. A więc kiedy tu przyjeżdżam, czuję za sobą oddech tych wszystkich generacji moich bliskich, pradziadka dyrygującego orkiestrą, dziadka grającego w pokera, babci przygotowującej gołąbki… Piękny klimat polskiego domu. Polska jest dla mnie bardzo ważna i nawet podczas świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy niemal całe jedzenie na stole, jak kiełbasa, gołąbki czy babka piaskowa, są polskie. Jako że urodziłam się w Stanach Zjednoczonych, nie miałam niestety zbyt wielu szans na przyjazd do waszego kraju. Tym bardziej się cieszę, że jestem muzykiem i dzięki temu mam taką możliwość. Za każdym razem czuję się bardzo uhonorowana.

Jak słyszę, bardzo lubisz gołąbki. Sama je przyrządzasz? 

Oczywiście, według przepisu mojej babci, która zmarła wiele lat temu. Ale to już nie to samo. Jest jakieś piękno w gołąbkach robionych babcinymi dłońmi… Jeżeli znasz więc jakąś babcię, która robi świetne gołąbki, chętnie ją odwiedzę [śmiech].

Rozmawiał: Paweł Piotrowicz