Jeden, jedyny koncert w Europie. Tłumy przyjechały, deszczowe chmury się rozgoniły. Zaczęto dość punktualnie, nie było wielkiego wyczekiwania i nawoływania. I dobrze bo to artystka, na którą czekać to tortury.

Relating To A Psychopath” z drugiego albumu The ID, „Why didn’t you call me” i (mój ulubiony) „Caligula” z debiutanckiego krążka „On how life is” były smacznym początkiem podróży poprzez dyskografię Amerykanki. I tu już mam mały problem, bo nastawiałem się na promocję ostatniego albumu The way, który według mnie jest zacnym powrotem do podboju słuchaczych smaków. Były takie hity z poprzednich płyt jak choćby „Creep”, który okazało się, że publiczność doskonale zna, co udowodniła wtórując śpiewem, było ”Ghetto love” z jakże udanej płyty Big, gdzie Panowie muzycy trochę zagłuszyli samą artystkę swoimi chórkami. Idąc dalej wyśpiewane zostały „Do something”, „I can’t wait to meet you”, „Sexual revolution” (przed którym wszyscy „sexi people” zostali wezwani do bycia perfekcyjnymi, tu i teraz) oraz „Sweet Babe” (w bardzo (!) balladowym klimacie)… ku mojej rozkoszy pojawił się w trakcie koncertu „Me with you”, czyli świeża pozycja w repertuarze i baaaardzo udana. No i to by było na tyle jeśli chodzi o zaplanowany koncert…wróć… Tu kolejna ciekawostka, bo Macy Gray chyba sama do końca nie wiedziała co chce zaprezentować.

Na bieżąco informowała swoich współtowarzyszy z LA, co mają zagrać. Wyglądało to trochę tak, jakby nie była do końca pewna czy najnowsze tytuły się przyjmą, więc korygowała set listę. A myślę,że spokojnie by przypadły nam do gustu. Cudnym więc zwieńczeniem był bis, podczas którego przy akompaniamencie pianina wyłoniło się „First time”. Powiem szczerze, że był to punkt kulminacyjny. Zarówno emocjonalnie jak i wokalnie. Do tej pory Ms Gray śpiewała dość bezpiecznie i zachowawczo, wyższe partie pozwalała wybrzmieć publice, kiedy właśnie w pierwszym bisowym kawałku pokazała na co ją stać. A stać ją na pełne zawodowstwo, jakby kto wątpił (mam nadzieję że nie). Koncert zakończył tytułowy utwór z ostatniego longplaya, czyli „The way”. Był i dialog ze słuchaczami, gdzie okazało się, że po angielsku Szczecin brzmi dość karkołomnie, a brak poczucia czasu Macy, kiedy naprawdę nie wiedziała jaki był to dzień tygodnia, było całkiem osobliwe. Urzekło mnie, że pomimo kariery, grywania na wielkich scenach Macy Gray była onieśmielona i czasem aż zagubiona.

Był to dobry koncert, ale uważam że za krótki. Godzina plus 20 minut na bis to dla mnie za mało, jak na jedyny koncert w Europie. Aha! Tak, „I try” też było, jakby kto pytał.

Macy Gray-Szczecin-001 Macy Gray-Szczecin-002 Macy Gray-Szczecin-003 Macy Gray-Szczecin-004 Macy Gray-Szczecin-005 Macy Gray-Szczecin-006