Wbrew pozorom, sporo się działo u Ani Dąbrowskiej w ciągu czterech lat, jakie minęły od wydania płyty „Bawię Się Świetnie”. Właśnie wróciła z nowym krążkiem, zatytułowanym „Dla Naiwnych Marzycieli” – jasnym i pełnym ciepłej energii. O muzycznych okolicznościach, w jakich powstawał ta płyta przeczytacie w poniższej rozmowie z Anią.

Nad płytą „Dla Naiwnych Marzycieli” pracowałaś w aż czterech różnych studiach. Wiem, że z jednej strony wynikało to z tego, że chciałaś uzyskać jak najbardziej przestrzenne brzmienie, a z drugiej – poznać tajniki produkcji muzycznej. Rozumiem, że ta nauka nie poszła w las?

Oczywiście, że tak. Rzeczywiście miałam taki ambitny pomysł, by wyprodukować tę płytę samodzielnie. Niestety trochę poległam na samym końcu z powodu czasu i braku obiektywizmu wobec własnej osoby, która powie stanowczo, że np. ma być tak i tak w tym konkretnym miejscu. Trudno mi było wyegzekwować takie podejście. I tutaj pomoc Olka – Czarnego HiFi okazała się nieodzowna. Ta płyta nauczyła mnie, że nawet jeśli będę miała pomysły, by brać się za robotę w pojedynkę, to jednak musi być osoba, która nad wszystkim czuwa. Ktoś, kto jest mózgiem, który będzie mnie wyprowadzał z błędu, a czasami spinał wszystko tak, by i mnie zmobilizować.

No właśnie – w którym momencie pojawił się Czarny HiFi?

To się stało przypadkiem. U jednego z moich znajomych leciała jego płyta. I tak podczas słuchania, zapytałam znajomego, co to jest (śmiech). Od słowa do słowa dowiedziałam się, że to jego solowa płyta Olka. Nie znałam go wcześniej. A to było na etapie, na którym szukałam producenta i mój znajomy o tym wiedział. Okazało się, że Olek robił do tej pory głównie hip hop, co było dla mnie dość intrygujące. A to, co usłyszałem było takie atmosferyczne i… wrażliwe. Skontaktowaliśmy się i umówiliśmy się wstępnie, że wyprodukuje mi jedną piosenkę – „Nieprawda”. Zrobiliśmy ją i tak poszło (śmiech). Olek pojawił mniej więcej na pół roku przed oddaniem płyty do tłoczni. To był czas, kiedy byliśmy częściowo w trakcie nagrywania i miksowania. Wcześniej jednak – jak wspomniałeś – nagrywaliśmy w różnych studiach, a dopiero potem zebraliśmy to wszystko u Czarnego, by wyprodukować z tego piosenki.

Wspomniałaś, że rejestrowaliście także analogowo na taśmę. Gdzie to się odbyło?

Lubię nagrywać na taśmę, bo wtedy dźwięk jest ciepły, miękki, elastyczny i ma w sobie więcej informacji. To się odbyło w dwóch miejscach. W S4, gdzie Leszek Kamiński rejestrował to na Studerze. Niestety zrozumiałam, czemu nagrywanie na taśmę jest wymierającą technologią. Podczas nagrania magnetofony kilkukrotnie się desynchronizowały. Mieliśmy z tym trochę problemów. Część nagrywaliśmy także u Maćka Cieślaka ze Ścianki, gdzie zarejestrowaliśmy wszystkie partie basu i ścieżki perkusyjne. Gitary tylko gdzieniegdzie są nagrane analogowo, bo większość Robert Cichy nagrał w swoim studiu. Wokali natomiast nie zdecydowałam się jeszcze nagrywać na taśmę. Tym zajmuje się u siebie w domu, bo mam w pełni kompatybilny sprzęt, skompletowany pod mój wokal i jego potrzeby.

A kto zagrał na flecie w „Nieprawdzie” i w „Gdy Nic Nie Muszę”?

Te partie zagrał mój znajomy saksofonista – Tomek Duda. Wyszło pięknie.

A tę solówkę na skrzypcach w „Oddycham”?

Tę solówkę zagrała Sara Malinowska. Nagrała sporo tych partii i każda tak mi się podobała, że chciałam je wszystkie wrzucić do piosenki (śmiech). Natomiast na wiolonczeli zagrała w tym utworze Dobrawa Czocher.

Utwór „W Głowie” kojarzy mi się z dawnymi nagraniami Moby’ego. Co tutaj było pierwsze – bit, czy ta partia fortepianu?

Ten numer przeszedł poważną ewolucję. Na początku był dużo wolniejszy i dopiero z czasem go przyspieszyłam. Szukałam dla niego jakiejś formy. Generalnie najpierw był bit, chociaż utwór rozpoczyna się partią fortepianu. To wyszło od Marcina Cichockiego, który na próbie zaproponował taki groove fortepianowy. U1 (Marcin Ułanowski, perkusista – przyp. MM) to podchwycił i zrobił się z tego fajny motyw.

„Staraj Się Nie Czuć” brzmi jak nagranie R.E.M. Jak jakieś zapomniane nagranie z „Out Of Time” albo z „Automatic For The People”. 

Tutaj pomysł jest całkowicie wzięty z mojej demówki. Napisałam ten utwór w całości na gitarze akustycznej i w zasadzie nie zmienialiśmy niczego. Stwierdziliśmy, że ta piosenka ma swój naturalny klimat, który postanowiliśmy zachować.

A czy „I’m Trying To Fight It” to swoiste pogodzenie z życiem?

Zarówno „Staraj Się Nie Czuć”, jak i właśnie „I’m Trying To Fight It” są tak naprawdę moim łamaniem się w stronę country. Jakiś czas temu odeszłam nieco od soulu, czy jazzu, czyli moich korzeni właśnie za sprawą słuchania np. Neila Younga i innych countrowców. Siłą tych inspiracji zaczęłam komponować piosenki na gitarze. Dzięki zmianie sposobu komponowania ta płyta odchodzi nieco od tych soulowych klimatów. Dla przykładu pierwsze trzy albumy napisałam w dużej mierze na Rhodesie, a to przecież bardzo ciepły i soulowy instrument.

Rozumiem powody nagrania takiej płyty, ale czy to znaczy, że do stylistyki retro nie zamierzasz już powracać?

Myślę, że będę wracała do retro, ale w innym wymiarze i na pewno będę się starała mieszać style i czasy. Nie jestem typem, który inspiruje się wyłącznie stylistką lat 60. od początku do końca. Chciałabym robić też bardziej współczesne rzeczy. Poza tym słucham wielu bardzo różnych gatunków muzycznych i staram się nie ograniczać pod tym względem.

Jestem z tego pokolenia, które pamięta Cię z występów w programie „Idol”. I wówczas wydawało mi się, że pójdziesz na przykład w stronę Björk.

Szczerze mówiąc ja od pierwszej płyty czekam na taki moment, kiedy pójdę w takie odważniejsze rzeczy (śmiech). Cały czas jednak nie mogę sobie wymyślić i zrobić takich nagrań. Ale jeszcze wszystko przede mną. Myślę, że jeszcze przyjdzie moment na takie większe eksperymenty. Björk też nie poszła w takie klimaty od samego początku. To zresztą nigdy nie była artystka do końca normalna (śmiech). Ja sobie jeszcze daję czas na takie granie. Natomiast jestem zadziwiona i cieszę się tym ogromnym kredytem zaufania, jakim obdarzyła mnie publiczność. Pomimo tego, że moje płyty są jednak popowe, to jednak ludzie ich słuchają. Dziennikarze też traktują mnie trochę z przymrużeniem oka (śmiech). Bo te płyty z jednej strony budzą niedosyt, a z drugiej strony czuję – i myślę, że moi odbiorcy także – że kiedyś stać mnie będzie, by nagrać naprawdę odjazdową płytę.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

Również dziękuję.