Michał Kaczmarek wydał swój nowy album zatytułowany „Brand New Man”. Mieliśmy przyjemność spotkania się z artystą i porozmawiania m.in. o płycie, ale także o nieudanym debiucie, współpracy z Krystyną Prońko oraz o wspomnieniach ze „Słowiańskiego Bazaru”, który wygrał w 2013 roku.

Jak wyglądała praca nad tworzeniem płyty „Brand New Man”?

Praca nad płytą trwała jakieś 8-9 miesięcy. Ta płyta odzwierciedla całego mnie, moją duszę, muzykalność i styl, który preferuję. Mogłem ją wydać dzięki wsparciu m.in. Międzynarodowego Centrum Kultury i stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, za co im bardzo dziękuję. Singlem promującym ten album jest tytułowa piosenka „Brand New Man”, która jest dla mnie wyjątkowo osobista.

Czemu?

Zanim rozpocząłem studia w Katowicach, studiowałem we Wrocławiu. Wtedy zachorował mój ojciec, z którym jestem związany emocjonalnie i muzycznie, był moim mentorem w okresie dojrzewania artystycznego i życiowego. Zacząłem zadawać sobie pytania fundamentalne. W tak dramatycznej sytuacji człowiek nie potrafi się pogodzić z tym, co się stało. Nastąpiła u mnie wewnętrzna przemiana. O tym też opowiada singiel „Brand New Man”.

Jaka historia kryje się za tym utworem?

Zacząłem pisać teksty i komponować. Tytułowy singiel został stworzony razem z Agą Musiał, koleżanką ze studiów. Oboje jesteśmy podobnie wrażliwi. Ona znała całą sytuację. Do wcześniej skomponowanej muzyki napisała tekst, który mnie poruszył. Tekst jest bardzo prawdziwy, adekwatny do sytuacji, jaką przeżyłem. Zacząłem pracę nad aranżacją – najpierw pierwszą, potem drugą, a skończyło się na trzeciej.

Na krążku znajdziemy jeszcze kilka równie pięknych utworów, do których sam napisałeś tekst…

Wiele utworów inspirowanych jest różnymi przeżyciami i wrażeniami także z wyjazdów. Tak jest choćby z utworem do „Pamiętaj mnie”, którego groove jest nasycony bębnami i perkusjonaliami azjatyckimi, a inspiracją dla tekstu była podróż do Bangkoku. Ale wiem, że każdy interpretuje tekst inaczej. Nie chcę nikomu narzucać własnej interpretacji. Cieszę się, że ludzie idą za tą historią, mając własne przeżycia.

Takiej możliwości nie miałeś przy swoim debiutanckim krążku „Czekając na miłość”?

Nie, bo na tamtej płycie nie napisałem ani jednej nuty, ani jednego słowa. Otrzymując tę propozycję, po kilku dniach namysłu stwierdziłem: „Czemu nie?”. Wtedy jednak miałem już ochotę robić własną muzykę. Ale zaryzykowałem z nadzieją, że będę mógł jakoś wyrazić swoje własne emocje na tej płycie. To było bardzo ważne doświadczenie w moim życiu, ale dawno zamknięty rozdział. Miałem wówczas 19 lat.

Czyli to doświadczenie było Ci w sumie potrzebne.

Oczywiście, „…this experience made me brand new man”! (śmiech) To był dla mnie okres poszerzenia horyzontów muzycznych oraz własnej przestrzeni artystycznej. „Czekając na miłość” w moim mniemaniu była bardzo komercyjną muzyką. Dla mnie prawdziwie pierwszą moją płytą jest „Brand New Man”. Zrobiłem ją od początku do końca: w większości napisałem muzykę i teksty.

I bardzo dobrze, bo dzięki temu możemy posłuchać o wiele bardziej emocjonalnych piosenek.

Bardzo się cieszę z tej opinii, bo to mnie motywuje. Niedawno wróciłem z Londynu, gdzie zaprezentowałem moją płytę. Mimo że słuchacze nie znali języka polskiego, to piosenki wywołały takie emocje, że sam byłem tym zdziwiony. Kolejny raz okazało się że melodia, harmonia i sposób interpretacji może tworzyć historię, a tekst jest tego uzupełnieniem.

Emocji na płycie nie brakuje, a wśród wszystkich utworów znalazł się także numer „I Can’t Make You Love Me” Bonnie Raitt, który w swoim repertuarze wykorzystuje również Adele. Skąd ten pomysł?

Adele jest dla mnie artystycznym punktem odniesienia. Pokazuje, że można robić to, co się kocha i to, co się czuje, a jednocześnie być docenianym zarówno przez publiczność jak i krytyków muzycznych. Ale nie Adele przyczyniła się do wyboru tej piosenki. Wybrałem ją, bo jest mi absolutnie bliska. To bardzo minimalistyczny utwór, został tak zaaranżowany, ponieważ najlepiej czuję się w relacji „piano plus wokal”, wtedy nikogo nie oszukujesz.

Oprócz tego utworu, na krążku gościnnie pojawiła się m.in. Krystyna Prońko, która zaśpiewała na singlu „Budzi się nowy dzień”. Jak doszło do tej współpracy?

Pani Krystyna jest dla mnie wielką osobowością, cenię ją nie tylko za muzyczną doskonałość, ale i życiową mądrość. To bardzo ciepła, miła osoba. Bardzo się krępowałem zaproponować jej nagranie duetu, a przecież pisząc tę piosenkę bardzo chciałem, żeby to była Krystyna Prońko. Podczas powrotu z jednego z koncertów odważyłem się poprosić ją o wspólne nagranie. Przyjęła propozycję z dużym entuzjazmem. Spotkaliśmy się na kilku próbach, potem weszliśmy do studia i nagraliśmy utwór. Czuliśmy absolutną wspólnotę w studiu, stworzyło się wyjątkowe dla mnie zdarzenie.

Panią Krystynę poznałeś już kilka lat wcześniej na jednym z festiwali jazzowych w Koszalinie. Potem ona oceniała Cię w programie „Śpiewaj i walcz”, w którym wziąłeś udział w 2010 roku.

Pamiętam, że program ten był eliminacją do Opolskich Debiutów, dlatego zdecydowałem się na udział. Ze zmęczenia zasnąłem tuż przed wejściem na scenę. Po przebudzeniu zaśpiewałem jedną z piosenek zespołu Varius Manx. To było duże wyzwanie. Jednak wycofałem się z udziału w programie, bo to nie jest mój świat, nie potrafię się odnaleźć w programach typu talent-show.

Ale w zeszłym roku poszedłeś na przesłuchania do programu „Mam talent!”. Coś się nagle zmieniło?

To był przegrany zakład. Musiałem walczyć o honor (śmiech). Pamiętam, że wystąpiłem z piosenką „I Will Always Love You” Whitney Houston, bo z powodu zakładu wybór padł na tę piosenkę.

W ubiegłym roku wystąpiłeś na swoim wymarzonym festiwalu w Opolu. Zaśpiewałeś przebój „Sen o Warszawie” Czesława Niemena na koncercie Debiutów. Jak wspominasz ten występ?

Cieszyłem się że mogę wystąpić właśnie w programie z repertuarem Czesława Niemena. Zarówno Niemen, Zaucha czy Grechuta, to niezapomniani, ponadczasowi artyści, którzy nie tylko mnie inspirują. Od lat jestem bardzo związany z ich twórczością, bo ich utwory śpiewałem na wielu festiwalach.

Masz na swoim koncie całkiem sporo koncertów dedykowanych innym artystom m.in. Michaelowi Jacksonowi czy Whitney Houston…

Tak, było tego sporo, w tym m.in. „Michael Jackson Symfonicznie”, nad którym pracowaliśmy najdłużej, a także m.in. „Whitney Houston Symfonicznie”, „Freddie Mercury Rockoperowo”, „ABBA – Miłosna opowieść”, „Muzyczny życiorys Franka Sinatry”, „British Rock Symphony”… To były ogromne przedsięwzięcia, które bardzo dobrze wspominam. Miałem możliwość współpracy z orkiestrami symfonicznymi oraz fantastycznymi muzykami, świetnymi chórzystami. Ostatnim z projektów jest „British Rock Symphony”, z którym wystąpiliśmy m.in. na Life Festival Oświęcim.

O czym opowiada ten projekt?

Jest to kompilacja utworów takich artystów, jak Freddie Mercury, Eric Clapton, Sting, Adele, Peter Gabriel, Amy Winehouse i wielu, wielu innych ikon muzyki brytyjskiej. A wszystko z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej. Ta konwencja bardzo dobrze się sprawdza także na polskim podwórku, np. warto wspomnieć o koncertach „Andrzej Zaucha Symfonicznie”.

Z Andrzejem Zauchą wiąże Cię też m.in. program „Szansa na sukces”, w którym wziąłeś udział w 2011 roku. Zaśpiewałeś tam właśnie jedną z piosenek Zauchy – „Siódmy rok”.

To był program, który miał na celu wspomnienie i przypomnienie Andrzeja Zauchy. Miałem śpiewać inną piosenkę – albo „Jak na lotni” albo „C’est la vie – Paryż z pocztówki”. Uczestnicy mieli możliwość wyboru piosenki, ponieważ nie był to konkurs. Powiedziałem p. Elżbiecie Skrętkowskiej [twórcy programu – przyp. red.], że chciałbym zaśpiewać coś innego, niż często wykonywaną „Jak na lotni”. Zaakceptowała wybór i zaśpiewałem „Siódmy rok”. Szkoda, że nie ma już tego programu, bo to był jeden z tych prawdziwych konkursów wyłaniających talenty, a przy tym oryginalny, polski format.

Jednym z chyba najbardziej przełomowych występów był organizowany w Witebsku „Słowiański Bazar”, w którym wziąłeś udział w 2013 roku i który bezkonkurencyjnie wygrałeś dzięki utworom „Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi” Marka Grechuty oraz „Jak na lotni” Andrzeja Zauchy.

To prawda, to było coś niezwykłego. Nie wiedziałem, z czym wiąże się ten festiwal. Co ciekawe, na Białoruś pojechałem spóźniony trzy dni z powodu bardzo restrykcyjnych formalności w konsulacie Białorusi, gdzie musiałem wyrobić wizę. Federacja Organizatorów Festiwali „FIDOF” wytypowała mnie jako reprezentanta Polski. Powiedziałem: „Dobrze, pojadę, ale zaśpiewam to, co uważam za słuszne. Zapewniam, nie zawiodę”. Pamiętam, że byłem pod wrażeniem tego, jak pięknie zagrała towarzysząca mi orkiestra oraz jak zaśpiewał międzynarodowy chórek, który zaśpiewał perfekcyjnie, a przecież nie znał języka polskiego! Kiedy wszedłem na scenę, od publiczności odebrałem dużo sympatii i pozytywnej energii.

Wygrałeś wtedy z prawie maksymalną liczbą punktów, do tego jako pierwszy Polak w historii.

Po koncercie zostałem dwa dni dłużej w Witebsku, Polacy mieszkający na Białorusi gratulowali mi występu i wygranej. Także dziękowali, bo było dla nich bardzo ważne wydarzenie. Pamiętam, jak wracając do Warszawy, ludzie na lotnisku w Mińsku zatrzymywali się, robili sobie ze mną zdjęcia, mówili, że trzymali kciuki i kibicowali. To było bardzo miłe i motywujące. Ten festiwal zapisuje się dużymi literami w moim życiorysie.

Pamiętasz jakieś zabawne sytuacje związane z udziałem w festiwalu?

Tak, zabawne było to, co związane jest z różnymi strefami czasowymi, a tym samym ze zróżnicowaną porą transmisji całego festiwalu w różnych krajach. Podczas ogłaszania wyników dostawałem wiadomości i gratulacje od rozsianej po całym świecie rodziny i przyjaciół. Tyle, że jedni już mi gratulowali wygranej, inni dopiero zaczynali oglądać mój występ, a inni czekali, aż wyjdę na scenę.

Czy coś jeszcze utkwiło ci w pamięci ?

Jedną z jurorek z międzynarodowego panelu sędziowskiego była Danuta Błażejczyk. W dzień głównego występu spotkaliśmy się i podczas rozmowy odpiął mi się i upadł zegarek. Z zegarka masakra. Wtedy Danuta wypowiedziała: „…zaczyna się nowy czas dla ciebie”. Przeszły mnie ciarki, dosłownie! I z tą myślą wszedłem na scenę… i wygrałem!

A za pieniądze wygrane na festiwalu kupiłeś sobie nowy zegarek? (śmiech)

Nie, bardzo długo nie nosiłem zegarków, bo, jak to mówią, „szczęśliwi czasu nie liczą”. Ale ludzie się zmieniają i kolekcjonowanie zegarków to jedno z moich uzależnień. Podobnie rzecz się ma z zapachami. Uwielbiam nuty arabskie, olejki, kadzidełka… Mam dosyć pokaźną kolekcję perfum, a przez całe moje życie przeszło ponad pięćset różnych zapachów. Uwielbiam niszowe, ciężkie zapachy, np. drzewne, dymne, kadzidlane. Każdy zapach wiąże się dla mnie z jakąś historią, doświadczeniem, osobą, obrazem. To jest moje największe uzależnienie, oczywiście poza muzyką. Ale oddaliliśmy się od tematu.

Powróćmy zatem do muzyki: po wygranej w „Słowiańskim Bazarze” powróciłeś na festiwal w charakterze jurora. Jak wygląda praca jurora na tego typu widowiskach?

To jest bardzo ciężka praca, a na każdym z jurorów spoczywa ogromna odpowiedzialność. Jesteś odpowiedzialny za każdy przyznany punkt. Lubię udział w jury, bo mogę podzielić się doświadczeniami z początkującymi wykonawcami. Jednak najlepiej czuję się na scenie, kiedy śpiewam.

Obecnie pracujesz już nad nową płytą. Co to będzie?

Nagrywam w studio m.in nowe wersje niektórych utworów, które znalazły się na promocyjnej, a więc niekomercyjnej płycie pt. „Brand New Man”. Przede wszystkim jednak realizuję nowe, nieznane utwory. Myślę też nad napisaniem angielskiego tekstu piosenki „Budzi się nowy dzień”.

Albumem „Brand New Man” postawiłeś sobie poprzeczkę, dlatego nie możemy się doczekać nowego materiału! Premiera będzie w tym roku?

Mam nadzieję. Połowa materiału jest już gotowa, zamierzam skończyć ją w tym roku.

Zatem życzymy Ci kolejnych sukcesów!

Dzięki!