Na nową płytę Imany przyjdzie nam poczekać do września. Tymczasem właśnie pojawiła się EP-ka „There Were Tears” z zupełnie premierowym materiałem, a wokalistka przybyła do Polski, by ją promować. Po spotkaniu z fanami, zdradziła nam, co stoi za muzyką z nowego wydawnictwa i o kolejnych planach.

Byłem w ubiegłym roku na Twoim akustycznym koncercie w warszawskiej „Progresji”. Zapowiedziałaś wówczas nowy album na ten rok, a tymczasem dostajemy EP-kę „There Were Tears”. Dlaczego?

Rok się jeszcze nie skończył, prawda (śmiech)? Album pojawi się we wrześniu. Jako że urodziłam dziecko, wiele spraw zeszło na dalszy plan lub po prostu przesunęły się w czasie. Płyta była jedną z nich. W każdym razie jest gotowa. EP-kę wydaliśmy, ponieważ nie chcieliśmy, by fani niecierpliwili się czekaniem na płytę. W związku z tym postanowiliśmy im dać trochę nowej muzyki, by umilić im czas oczekiwania, a jednocześnie dać znać, że nie zapomnieliśmy o nich i zapowiedzieć w ten sposób także całą płytę.

Na ubiegłorocznym koncercie zaprezentowałaś kilka nowych utworów jak “I Used To Cry”, “The Silver Lining”, czy “There Were Tears”. Na EP-ce znalazł się tylko ten ostatni. Czy to znaczy, że pozostałe pojawią się na albumie?

Tak, te utwory pojawią się na płycie. Tak samo będzie z „No Reason No Rhyme” i „The Rising Tide”, które znalazły się na EP-ce.

A kto wyprodukował płytę?

Ten sam człowiek, który zrobił ze mną „The Shape Of A Broken Heart” (pierwszą płytę Imany, wydaną w 2012 r. – przyp. MM), czyli Malick N’Diaye. Bardzo dobrze nam się razem pracuje. On rozumie moje pomysły, a ja korzystam z jego wiedzy i umiejętności, cały czas ucząc się pisać dobre piosenki.

„No Reason No Rhyme” i tytułowy “There Were Tears” to najbardziej charakterystyczne utwory na EP-ce. Co zainspirowało ich powstanie?

„No Reason No Rhyme” opowiada o parze, która się rozstała. On jednak nadal stara się do niej wrócić. Ten tekst zbudowany jest na zasadzie: „Nie ma potrzeby, byś wysyłał mi kwiaty, bo tracisz swój czas”. Kiedy uczucie wygasa, nie ma drogi powrotnej. Natomiast „There Were Tears” jest dużo bardziej skomplikowany. Napisaliśmy go, kiedy dowiedzieliśmy się o śmierci Nelsona Mandeli. Jego osoba zainspirowała ten utwór. Tekst zbudowany jest na zasadzie wyimaginowanej rozmowy, którą on prowadzi z nową generacją, której czas właśnie nastał. Mamy nadzieję, że – tak jak przed laty – mówiłby do nas, byśmy się nie poddawali i wierzyli w prawdę. To taka forma pocieszenia w tych trudnych czasach. Stąd słowa: „You can knock, knock, knock, knock, knock, knock on my door”, które są zaproszeniem skierowanym do niego. Zapraszamy go do siebie, ponieważ potrzebujemy jego siły i mądrości na co dzień.

Twoja poprzednia płyta “Sous Les Jupes De Filles” była ścieżką dzwiękową do filmu “Spódnice w górę”. Na ten album napisałaś utwory nie tylko dla siebie, ale także dla innych wokalistek. Czyim pomysłem było zaangażowanie większej ilości wokalistek do zaśpiewania na tym soundtracku?

Myślę, że to była decyzja reżyserki Audrey Dany. To chyba ona wpadła na pomysł, żeby na płycie śpiewały tylko kobiety. Wiesz, to jest bardzo dziewczęcy film o kobietach i dla kobiet, w którym grają głównie kobiety. Audrey chciała, żeby ciągłość była zachowana nie tylko w filmie, ale także by jego charakter został podkreślony przez muzykę, wykonywaną przez kobiety, prezentujące różne możliwości wokalne i będące bardzo zdolnymi wokalistkami.

Wielokrotnie powoływałaś się na twórczość takich wokalistek jak Tracy Champan, Billie Holiday czy Nina Simone. Czy na przestrzeni lat Twoje inspiracje się zmieniły?

Nie, to wciąż są te same artystki. Zobacz, ich muzyka stała się ponadczasowa. Nadal są słuchane i nadal inspirują nie tylko mnie. Wciąż zagłębiam się w ich twórczość, bo uważam, że lepszych wzorców nie znajdę. Być może z czasem się to zmieni i zacznę się wciągać w twórczość innych artystek. Natomiast muzyka Tracy Chapman, Billie Holiday i Niny Simone, a także Indii Arie, czy Lauryn Hill nadal pozostanie punktem wyjścia dla mojej własnej.

Nadal pobierasz lekcje śpiewu i ćwiczysz z trenerami wokalnymi?

W tej chwili nie. Przestałam jakiś czas temu, ale głównie ze względu na brak czasu. W związku z tym zostają mi przygotowania przed koncertami i nauka z tego, co wyniosę sceny podczas ich grania. Mam nadzieję, że ta praktyka czyni mnie lepszą wokalistką. Poza tym asymiluję się ze sceną, a to jest znacznie trudniejsze, niż przygotowywanie głosu do nagrania płyty. Co z tego, że będę na nich dobrze brzmiała, jeśli nie będę umiała oddać ich ducha, nastroju i emocji na żywo? Zresztą w pewnym momencie trzeba przestać chodzić do szkoły i zacząć stosować naukę, którą już się zdobyło. Nie neguję lekcji śpiewu, gdyż ogromnie wiele mi dały, natomiast nie chcę cały czas w taki „akademicki” sposób podchodzić do mojego śpiewu.

W czerwcu ponownie zagrasz w Polsce – 18 czerwca ponownie wystąpisz w warszawskiej „Progresji”. Czy to znów będzie koncert akustyczny?

Nie, tym razem zagramy z pełnym składem z dwoma gitarami – elektryczną i akustyczną, pianinem, bębnami, basem oraz dwoma wiolonczelami. Nie mogę się doczekać tych koncertów. Mam nadzieję, że spodobają się jeszcze bardziej, niż te akustyczne. Będziemy grali prawie wszystkie nowe utwory. A te, których nie zagramy w czerwcu, na pewno pojawią się jesienią, bo wtedy planujemy kolejne koncerty w Polsce.