Oto Låpsley, dziewiętnastoletnia wokalistka, kompozytorka i producentka z Londynu, ciekawa postać ambitnej elektroniki (jak napisałby Białoszewski: Szumy-zlepy-ciągi), która postanowiła wydać autobiograficzną, muzyczną opowieść o emocjach i miejscach. Dzięki „Long Way Home” brytyjska elektronika przejdzie do historii nie tylko jako jednosezonowa alternatywna moda. Połamane rytmy to dla Låpsley zaledwie wstęp do ujawnienia swojego unikalnego producenckiego talentu.

Lapsley Long Way Home

Long Way Home” to intrygująca dźwiękowa podróż na trasie Londyn – Los Angeles – Londyn. Dokładnie na takiej, na jakiej Låpsley rozwijała swoją karierę muzyczną. „Wszystko, co się wydarzyło, zamieniało się w piosenkę, niezależnie, czy dotyczącą związku na odległość, czy tego, co poczułam. Zamykając się w studiu przywoływałam wspomnienia” – mówi artystka.

Układa się z tego coś na kształt programowej suity, która muzycznie bywa bardzo interesująca – znacznie więcej partii granych na „żywych instrumentach”, melancholijny klimat itd. Warto posłuchać z ciekawości, bo któż z nas nie był w życiu w podobnej sytuacji? Jak spuentowałby Himilisbach: Zakochało się, biedactwo.

Płyta, która ukazała się nakładem XL Recordings, to składający się z indie-popu, R&B i odrobiny trip hopu bardzo przyjemnie smakujący koktajl. Stylistycznie i aranżacyjnie to nowoczesność, krystaliczna czystość, subtelne rytmy spod znaku „down tempo”. Mimo komputerowego chłodu jest to całość nadzwyczaj gładka i miła w słuchaniu. Godne polecenia są szczególnie nowe wersje ciepło przyjętych piosenek „Hurt Me”, „Falling Short” oraz świetnie wpadający w ucho „Operator (He Doesn’t Call Me)”, na którym słychać bardzo intrygujące, retrofuturystyczne gospelowe zaśpiewy. No i oczywiście singlowy „Love Is Blind”, gdzie maniera à la Adele miesza się z delikatną elektroniką w stylu Jessie Ware.

Nie jest to zła płyta, ale chyba trochę zbyt monotonna i senna. Z drugiej strony, w przyjaznych radiu bezpretensjonalnych, uduchowionych songach wyśpiewanych ciepłym głosem, Låpsley zdumiewa bogactwem pomysłów i paletą brzmieniowych barw. Słuchacza zabiera w podróż, podczas której w parze idą ze sobą nowoczesne rozwiązania i nauka „tatkującego” jej artystycznie Jamesa Blake’a. Muzyka Låpsley to oparty na elektronice synth-pop. Oczywiście, taki najlepszej maści, bo nie tylko przyjemny w słuchaniu, ale również dobry do zadumania.

Ocena płyty: