Niedługo po premierze płyty „ZOO z piosenkami Agnieszki Osieckiej” Katarzyny Groniec mieliśmy przyjemność porozmawiania z artystką i zapytania jej o historię albumu, piosence aktorskiej oraz o tym, jak powstają teksty do jej piosenek.

Historia płyty „ZOO” zaczęła się w 2014 roku na festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej”…

Agata Passent wraz z Fundacją Okularnicy dba o poezję Agnieszki Osieckiej między innymi organizując co roku konkurs na interpretację jej piosenek „Pamiętajmy o Osieckiej”. Drugą częścią tego konkursu jest występ artysty z dorobkiem. W zeszłym roku to ja dostałam takie zaproszenie i stąd właśnie „ZOO”.

A potem pojawił się pomysł na płytę?

Początkowo, ponieważ Agnieszki Osieckiej jest dużo w tzw. przestrzeni publicznej, wydawało mi się, że nagrywanie płyty z jej piosenkami nie ma większego sensu. Podobnie myślałam o koncertowaniu z „ZOO”. Byłam przekonana, że zagramy kilkanaście razy w dużych miastach i wrócę do pracy nad własnymi piosenkami. Myliłam się. Za pasem już setny koncert, a w rocznicę premiery światło dzienne ujrzały dwie płyty: CD i DVD.

A jak wspominasz pracę w studiu nad tymi utworami?

Większość materiału została nagrana w studio RecPublica w Lubrzy. Zresztą nie tylko „ZOO” tam powstało, ale kilka moich poprzednich płyt także. RecPublika to studio ze świetną atmosferą i pokojami gościnnymi, więc można mieszkać i nagrywać w tym samym miejscu nie denerwując się, że za chwilę czas sesji nagraniowej minie, a pod drzwiami czeka już ktoś umówiony na kilka kolejnych godzin. Ponieważ cały materiał mieliśmy dobrze ograny i wiedzieliśmy czego chcemy, wystarczyło kilka sesji. Wydaje mi się, że większa przygodą było dla nas nagrywanie DVD, tym bardziej, że nie jest to typowe, koncertowe DVD, z podziałem na scenę i widownię. To była ciekawe doświadczenie, w innej niż zazwyczaj przestrzeni.

Jak wyglądał dobór repertuaru najpierw na festiwal, a potem na płytę?

To ten sam dobór. Wybierając nie myślałam o tekstach. Po raz pierwszy  kierowałam się tylko muzyką. Szukałam piosenek, które poddadzą się odrobinie elektroniki, jaką chciałam do nich przemycić. Chodziło o to, żeby nie zrobić krzywdy poezji i pozwolić pięknym melodiom wybrzmieć w innej oprawie.

Czy jest jakiś utwór, który nie znalazł się ani na koncercie ani na płycie, ale do którego wracasz najczęściej?

Np. piękna piosenka „Jeżeli miłość jest”. Żal mi jej, ale nie zmieściła się ani w formie, którą sobie założyłam, ani w opowieści.

Pierwszym singlem promującym płytę jest utwór „Króliczek”, do którego klip ukazał się w sieci. Skąd ten wybór?

To nie klip tylko fragment DVD. Dlaczego ten utwór został singlem? To decyzja wydawcy.

Tego typu piosenki aktorskie wciąż można usłyszeć m.in. na Przeglądach Piosenki Aktorskiej, gdzie często występujesz jako gość muzyczny. Niestety, impreza z roku na rok odchodzi do lamusa. Jak zapatrujesz się na słabnące zainteresowanie Przeglądem?

PPA ewoluuje, jego formuła bardzo się rozszerzyła. Przestał być wyłącznie festiwlem interpretacji piosenki. Dokąd dąży? Na moje oko do bycia Okołomuzycznym Festiwalem Artystycznym. Spektrum zapraszanych gości, niejednokrotnie świetnych artystów, nie wyznacza jednego kierunku, co nie musi być złym pomysłem, o ile ten eklektyzm nie dostanie konwulsji od migocących świateł.

 Paradoksalnie, sama piosenka aktorska powoli wraca do łask…

Serio…?? Trochę się gubię w nazewnictwie, autorska, aktorska, literacka, artystyczna… może dlatego nie zauważyłam.

W swojej karierze niejednokrotnie sięgałaś po twórczość innych wykonawców, ale pisałaś też swoje autorskie kompozycje. W czym czujesz się lepiej?

Bezpieczniej czuję się śpiewając czyjeś piosenki. Zaczynałam ucząc się interpretacji, więc to moje naturalne środowisko. Piosenki, które sama wymyślam, dają mi dużo wolności i radości, ale zabierają poczucie bezpieczeństwa.

W swojej karierze zmierzyłaś się nie tylko z twórczością Agnieszki Osieckiej, a też m.in. Edith Piaf, Jacques Brela czy Nicka Cave’a. Czy jest jeszcze jakiś artysta, z którym chciałabyś się „skonfrontować”?

Nie, już nie mam takich marzeń. Spełniłam je nagrywając płytę „Listy Julii” z utworami Elvisa Costello z jego albumu o tym samym tytule. Usłyszałam te utwory w 1993 roku i  zakochałam się po uszy. Po wielu latach zrobiłam przekłady tych piosenek i nagrałam je po swojemu. To było moje marzenie, na realizację którego musiałam długo czekać. Ot, ćwiczenie z cierpliwości. Tak silne fascynacje przeżywa się zazwyczaj mając dwadzieścia kilka lat. Póżniej już o nie dużo trudniej.

Czyli kolejna płyta będzie autorska?

Tak, piosenki tworzyły się jeszcze przed „ZOO”. Wracamy do momentu, w którym przerwaliśmy tę drogę. Myślę, że w przyszłym roku będę miała materiał na nową płytę.

Ostatnią autorską płytą była „Pin-up Princess” z 2011 roku…

Właśnie.

Czy będzie nowa płyta?

Roboczy tytuł  to „Zima stulecia”. Mam kilkanaście piosenek, nie tylko mojego autorstwa, ale też Basi Wrońskiej z Pustek czy Marcina Macuka, do których napisałam teksty. Teraz muszę tylko dowiedzieć się, jak ta płyta ma brzmieć.

Gdzie szukasz tego brzmienia?

Muzykując z kolegami z zespołu.

Już myśleliśmy, że to kwestia natchnienia…

Niestety.

A jak wygląda praca nad tekstem?

To może powiem jak to powinno wyglądać. Powinno się zasiadać codziennie do kilkugodzinnego pisania. Powinno się napisać sto tekstów i wybrać dziesięć najlepszych. W rzeczywistości różnie to wygląda. Najtrudniej zmusić się do pierwszego kroku. Ale bywa też, że kilka słów, wokół których budowana jest piosenka, wpada w wyjątkowo niespodziewanych momentach. Bardzo często pojawiają się podczas jazdy samochodem czy w ogóle w podróży. Albo tuż przed zaśnieciem. Niemniej jednak gwarantem sukcesu jest jednak praca, nie natchnienie.

Co do tego podróżowania, to ostatnio okazji do jazdy jest więcej, bo trwa trasa koncertowa z „ZOO”…

Całe życie podróżuję, ten zawód polega na przemieszczaniu się. Jestem piosenkarką, nie mam etatu, gram w różnych miastach. Śpiewający kierowca – to ja!

A często śpiewasz sobie „za kółkiem”?

Bywa, ale zorientowałam się, że słychać te moje wrzaski, zwłaszcza, kiedy stoję na światłach (śmiech).

Trasa z „ZOO” trwa do końca listopada. A co dalej?

A dalej znowu „ZOO”, tylko już mniej intensywnie.  Myślę też, że już w grudniu zaczniemy próby…

do „Zimy stulecia”!

Tak, albo „Niesłychanie długiej zimy”.

Albo do „Niesłychanie długiej zimy stulecia”!

 (śmiech).

Trzymamy zatem kciuki za powodzenia „Zimy stulecia” i do zobaczenia na koncertach!

Dziękuję bardzo!