2 października br. premierę miał nowy album Michała Bajora zatytułowany „Moja miłość”, na którym znalazło się siedemnaście utworów o miłości. W trakcie rozmowy zapytaliśmy artystę m.in. o pracę nad płytą i współpracę o Alicją Majewską i Anną Wyszkoni, a także o marzeniach oraz zmultimedializowanych czasach.

Na Pana nowej płycie znalazły się najpopularniejsze polskie piosenki o miłości z tekstami Wojciecha Młynarskiego. Jak wyglądał proces wybierania utworów na płytę?

Najpierw był pomysł, potem była akceptacja Wojciecha Młynarskiego, któremu ten pomysł się spodobał. Potem było „ratunku” do fanek, młodych dziewczyn, które mają więcej czasu, aby grzebać w Internecie. No i spośród tych 2 tys. utworów Młynarskiego kilkaset podpadało pod tematykę, spośród nich razem z tymi młodymi dziewczynami, Młynarskim i muzykami zebraliśmy kilkadziesiąt, aż wreszcie skończyło się na kilkunastu, spośród których wybraliśmy piętnaście. Do tego doszły dwa duety. Bez tych fanek nie dałbym rady, bo one przeleciały szybciutko tymi swoimi paluszkami po klawiaturze i poszukaliśmy po tekstach i muzyce, i doszliśmy do konsensusu. Młynarski tego posłuchał, powiedział: „To jest fajny układ, bierzemy”. Ot, cała tajemnica.

Czyli nagranych zostało tylko te piętnaście utworów?

Tak, piętnaście plus dwa nowe duety, które Wojciech Młynarski napisał specjalnie na płytę. Nagrałem je z Anną Wyszkoni i Alicją Majewską z muzyką Włodzimierza Korcza i Wojciecha Borkowskiego. Wśród wszystkich utworów znalazła się jedna piosenka z mojego starego repertuaru, a że nosi tytuł „Moja miłość największa”, to posłużyła nam trochę jako tytuł, a częściowo jako pokazanie, że taką piosenkę też kiedyś nagrałem.

Jak doszło do współpracy między Panem a Anią Wyszkoni i Alicją Majewską?

Z Alicją przyjaźnimy się od kilkudziesięciu lat, razem podróżowaliśmy na koncerty, w różnych składach artystycznych. Występowaliśmy na festiwalach. To długoletnia znajomość zawodowa i prywatna. Jeśli chodzi o Annę, to dawała mi różne sygnały, że jest fanką i ma marzenie artystyczne. Chodziła na moje koncerty, a po koncertach przychodziła do garderoby razem ze swoim mężem i agentem Maćkiem Durczakiem. Też byłem młody i miałem marzenia. A jak mogę teraz spełnić  czyjeś marzenie , to jest to bardzo szczęśliwy moment. Doszedłem do wniosku, że chcę mieć dwa duety, więc już dalej nie musiałem szukać wokalistek. Praca z Anią była przyjemnością, uważam ją za umuzykalnioną, roztańczoną, rozśpiewaną i utalentowaną dziewczynę.

I to właśnie singiel nagrany z nią – „Ja kocham, Ty kochasz” – jest singlem promującym płytę…

Tak jest, promującym singlem i promującym teledyskiem. Powstaje teraz drugi teledysk do  piosenki – „Lubię wracać, tam gdzie byłemZbigniewa Wodeckiego. Jest to bardzo bliska mi piosenka. Wzrusza mnie też piosenka „Gram o wszystkoEwy Bem z muzyką Jerzego Wasowskiego. Trudne było dla mnie nagranie piosenek Zdzisławy Sośnickiej czy Alicji Majewskiej, bo są to szalenie określone przeboje. No i elektryzująca Edyta Geppert… Wszyscy wykonawcy genialnie do dzisiaj te piosenki śpiewają… Łatwiej jest nagrać piosenki Hanki Ordonówny, Mieczysława Fogga, Charlesa Aznavoura czy Jacquesa Brela, bo ich już nie ma, więc nie ma się takiego obciążenia, że oni to usłyszą i im się nie spodoba. A bardzo trudno jest nagrać piosenki twórców, którzy są w pełni sił i wciąż te piosenki śpiewają. Nie ukrywam, że do wszystkich zadzwoniłem, wszystkich zapytałem.

Wspomniał Pan o swoich ulubionych utworach. Czy są jakieś nie polskojęzyczne piosenki o miłości, do których wraca Pan najczęściej?

Tak. Whitney Houston i „I Will Always Love You”, czyli jej piosenka z „Bodyguarda”. Lubię też kilka piosenek Barbry Streisand.

Duety z Anią Wyszkoni i Alicją Majewską to pierwsze duety w Pana dorobku. Czy są zatem artyści, z którymi chciałby Pan kiedyś jeszcze coś nagrać?

Takich artystów jest wielu, musiałbym nagrać z wieloma naszymi wykonawcami… Ale chyba jednak wolę solo, bo jestem wtedy odpowiedzialny za siebie i za całość. W przypadku śpiewania w duecie trzeba czynić pewne ukłony związane i z rytmem i z tonacją czy z charakterem. Trzeba pilnować tego, żeby pasowało i partnerce i mnie, co oczywiście jest miłe i twórcze, ale jednocześnie trzeba być bardziej skupionym i bardziej pracowitym. Gdybym miał nagrać teraz płytę z samymi duetami, to chyba bym oszalał.

Ile trwała praca nad płytą „Moja miłość”?

Zawsze na ogół jest tak, że jak wchodzi do studia szef muzyczny (w moim przypadku od lat jest to wspaniały aranżer Wojciech Borkowski), to najpierw wchodzi  z muzykami. Oczywiście, wcześniej ze mną ustala tonacje. Ja dostaję demo czy mp3 w trzech czy czterech tonacjach. Potem spotykam się z nim, żeby móc ustalić tempa jeszcze przed wejściem muzyków do studia. Jak już mamy tonację, to już jest podstawa, bo muzycy mogą się bawić ubarwianiem melodii swoimi instrumentami. Na płycie mamy dwudziestu muzyków, czyli małą orkiestrę. Nie ma prawie żadnej elektroniki, choć teraz płyty są tak robione, że gdyby któryś z kompozytorów posłuchał kawałka piosenki i pomyślał: „szkoda, że nie ma tu prawdziwych skrzypiec”, to bym mu powiedział „No to jesteś w błędzie, bo jest ich aż dwanaście” (śmiech). Teraz jest tak wszystko, nawet w studio, idealne, że nawet prawdziwe instrumenty brzmią jak elektronika. Bywa, że nagrywam do zaszkicowanej melodii, a potem muzycy dogrywają do mnie, żeby dopełnić moją charakterystykę i poetykę śpiewania oraz osobowość wokalną. Wypełniamy się, uzupełniamy.

Wspomniał Pan o koncertach. Rozumiemy, że szykuje się trasa koncertowa promująca album?

Na początku mojej kariery miałem czasami po trzy koncerty dziennie. To był obłęd, bo zaczynaliśmy o jakieś 15:30, kończyliśmy o 22:00. To były recitale, często jeden po drugim, dzień po dniu. To było jeszcze przed trzydziestką, a i jakiś papierosek czy drink też był. Nie wiem, jakim cudem śpiewałem „Walc na tysiąc pas” Brela po lampce koniaku, butelce wina do obiadu i pięciu papierosach… Nie mam zielonego pojęcia (śmiech). Zdarzało się, że w przerwie wpadałem i garderobiana podawała mi papierosa, którego zapalałem i szybko wracałem na scenę. Dzisiaj co prawda nie palę, chociaż na zdjęciu na płycie jest papieros jako taki znak współczesności niechcianej. Ale to tylko artystyczne zdjęcie.

A jak to było z tymi koncertami?

Grałem ich bardzo wiele. Miałem taką zaborczość, zachłanność na te koncerty. Wszyscy zapraszali, były i małe miejsca i duże miejsca, i amfiteatry. Tak, gdzie mnie chcieli, to Bajor jechał. Tego było naprawdę za dużo. Na ogół nie występuję w wakacje, wcześniej zresztą też nie występowałem. Nie mam piosenek wakacyjnych, przy których dzieci jedzą watę, a panowie popijają piwo. Wakacje są z piosenkami lekkimi, przyjemnymi, artyści biegają po scenie w kolorowych ciuchach. Facet w garniturze, zespół, punktowe światło to trochę za mało na amfiteatr. No chyba, że to festiwal. Od czerwca do września mam przymusowe wakacje, co nie jest fajne, bo to jednak bardzo długo. Do tego dochodzi miesiąc na przełomie Bożego Narodzenia i połowy stycznia, kiedy śpiewa się kolędy i piosenki sylwestrowe, których też nie wykonuję. Dlatego mam siedem miesięcy pracy i pięć miesięcy przejadania tego, co zarobiłem.
Teraz na własne życzenie śpiewam tych koncertów znacznie mniej. Przy siedmiu miesiącach tyle koncertów to był naprawdę duży wyczyn, bo czasem wychodziły 22 koncerty na miesiąc. Kiedyś grałem ze 140 koncertów, potem zszedłem do „stówy”, a teraz, od dwóch lat, śpiewam ok. 70-80 koncertów. Uważam, że to i tak bardzo dużo. To są często potężne sale, opery, filharmonie, domy kultury. Nie śpiewam w klubikach, bo nie zmieściliby się tam chętni. Wszyscy się dziwią, jak to możliwe, że facet, którego nie ma praktycznie w publikatorach, wypełnia opery. A tak to jest. Ludzie chcą czasem uciec od łomotu świata. Tak jest też z jazzem czy soulem. Nie są głaskaną przez słuchaczy muzyką, niestety… Taka jest prawda. Jazz, soul, balet czy opera to piękne nisze. Wolę być w takiej niszy niż żebym wyskakiwał z każdej lodówki albo żeby każdy mi zaglądał, jakiego koloru majtki mam dzisiaj na sobie. Oczywiście, obserwuję wszystko, bo to zabawne, ale myślę sobie, czy dzisiejsi celebryci będą tak długo funkcjonować na scenie jak np. Maryla Rodowicz czy Ewa Bem. To są artystki, które będą ikonami nawet, jak ich już nie będzie.

Niestety, jest to urok jednosezonowych gwiazdek… „Moja miłość” to dziewiętnasta płyta w Panu dorobku. Będzie dwudziesta? Co się na niej znajdzie?

Oczywiście, że będzie, ale nie zdradzę jej tytułu. Może nagrywanie utworów innych artystów nie jest oryginalne, ale to ja wpadłem na pomysł, żeby akurat zaśpiewać przeboje o miłości. Podobnie było z moimi płytami poświęconym Markowi Grechucie czy Edith Piaf, z płytami, które miały platynowy status. Rozpocząłem także współpracę z nową, potężną wytwórnią, z której jestem bardzo zadowolony. Podpisaliśmy kontrakt na sześć lat i na trzy płyty. Będzie zatem zarówno dwudziesta, jak i dwudziesta pierwsza płyta. I tym „oczkiem” chciałbym zakończyć szaleństwa płytowe, a potem tylko koncertować. Czy publiczność mi pozwoli? Zobaczymy… Mam na swoim koncie kilkaset piosenek, więc mogę sobie z nich tworzyć koncerty i potem z nimi podróżować. Ale czy płyty przetrwają? Kto wie, bo jak będę za np. cztery lata pracował nad nowym krążkiem, to czy muzyka nie będzie wyskakiwała z paznokcia, z ucha lub z zegarka (śmiech). W niektórych państwach nie ma już sklepów z płytami, bo ludzie ściągają z Internetu.

Ostatnio do sklepów wróciły winyle…

Winyl wrócił do łaski, ale wydaje mi się, że jedynie w formie ciekawostki. Wygodna, techniczna młodzież będzie ściągała sobie wszystko z tych swoich malutkich „pudełeczek” czy „maszynek”, na których mają z pięć tysięcy utworów. Jest to smutne, bo ani nie zobaczą twarzy artystów, ani nie przeczytają o nich, nie poznają tytułu. Ta muzyka tak sobie tylko będzie leciała i leciała… Na szczęście, jest całe grono ludzi, którzy chcą jeszcze „powąchać” papier płyty, pogłaskać książeczkę czy poczytać teksty itd. Ta iluminacyjność, która jest wszechobecna, jest przypisana naszym czasom i już się nie zmieni, choć mi tego żal. Teraz nawet miłość jest w Internecie. Szkoda mi młodych ludzi, których widzę siedzących w parku na ławce i wydaje mi się, że się przytulają. Ale podchodzę, a…  oni mają w rękach iPady i po prostu pykają paluchami po ekranie, nie zamieniając ze sobą ani słowa…

No niestety, takie mamy czasy… My nie możemy doczekać się jednak fizycznej premiery Pana płyty! Chcieliśmy jeszcze cofnąć się trochę do Pana początków i powspominać, jak to było te kilkanaście lat temu.

Nie kilkanaście, tylko kilkadziesiąt. Debiutowałem, jak miałem szesnaście lat. Do swoich początków powracam z sentymentem. Jestem bardzo dumny z tego, że jako szesnastolatek zadebiutowałem w Sopocie. Były Zielona Góra, Kołobrzeg, Opole… to wszystko zaliczyłem w sumie jako dziecko. W wieku 17 lat zagrałem w filmie „Wieczór u AbdonaAgnieszki Holland, to był mój debiut telewizyjny. Zagrałem w tym filmie z Beatą Tyszkiewicz, co było niezwykle elektryzujące, zagrać z taką gwiazdą. Przeżyłem wiele wspaniałych zawodowych chwil ze znakomitymi reżyserami. Zagrałem w kilkudziesięciu filmach oraz spektaklach. Wystąpiłem u boku Klausa Marii Brandauera w filmie nominowanym do Oskara, było wiele festiwali oraz płyt… Było kolorowo, było zabawowo, było twórczo. Poznałem wielu ludzi, którzy zainwestowali we mnie swój autorytet. Dzisiaj się mówi, że inwestuje się pieniądze… Pieniądze to nie wszystko, bo potem mamy wiele wydmuszek. Nie myślałem wtedy, że będę latał swoim odrzutowcem i będę miał prywatną wyspę na Oceanie Indyjskim czy Karaibach, ani o tym, że będzie podjeżdżała po mnie limuzyna czy że będą biegali obok ochroniarze. Bardzo mnie to bawi, jak widzę u nas młodą piosenkarkę, która idzie z ochroniarzami, bo tak naprawdę nie przypuszczam, żeby ktokolwiek chciałby ją zaatakować. Ale niech tak będzie, najwidoczniej jest jej to bardzo potrzebne. Nie robię żadnych porównań, bo to nie ma sensu. Jestem życzliwy młodości, przypatruję się z uśmiechem poczynaniom celebrytów, ale bez ironii. Za moich czasów było mniej takiej wszechobecnej medialnej agresji, wtrącania się, gazet, tylu programów. Myślę, że miałem spokojniejszą młodość pełną marzeń i spełnień. Nie rozdrapuję jakiś nieudanych chwil, bo było ich niewiele, wspominam tylko te dobre, bo to one sprawiły, że jestem tu, gdzie jestem.

No właśnie – marzenia. Czy nadal ma Pan jakieś?

Tak, muzyczne mam bez przerwy. Najlepszym dowodem jest to, że podpisałem umowę z nową wytwórnią na sześć lat i trzy tytuły ,więc mam spokój. Moje marzenia to także podróże. Oczywiście, chcę też, by wszyscy moi bliscy byli zdrowi i żeby nie było wojny, to zawsze wymieniam jednym tchem. Jednak większość wolnego czasu – a jak wspomniałem, nie jest go mało – spędzam na podróżach.

Bardzo dziękujemy Panu za rozmowę!