Piotr Schmidt przygotowuje się obecnie do wydania swojej nowej płyty. Na niedługo przed premierą krążka mieliśmy okazję porozmawiania z muzykiem uznawanym za jednego z najlepszych polskich trębaczy. Zapytaliśmy go m.in. o szczegóły dotyczące nadchodzącego krążka, o plany koncertowe, a także o muzyczne początki.

Przygotowujesz się do wydania swojej nowej płyty. Co to będzie za album?

Będzie to druga płyta zespołu Piotr Schmidt Electric Group, choć nazwa zespołu przy okazji tej płyty została skrócona do dwóch środkowych członów – Schmidt Electric. Muzyka, którą usłyszymy na tym albumie, zaczęła mi chodzić po głowie już jakieś dwa lata temu. Pomysły i rozwiązania muzyczne zbierały się i w momencie, gdy już trzeba było zacząć robić próby do nagrania nowego materiału,  zdecydowałem się przelać wszystkie swoje pomysły na papier. Album jest mocno drum’n’bassowy – kilka utworów jest stricte w tej stylistyce. Jedynie dwie kompozycje istniały już wcześniej – mój utwór „Please Try Again Later” oraz utwór „Vision 1” Tomka Bury [pianista zespołu Schmidt Electric – przyp. red.]. Ogólnie na płycie będzie siedem kompozycji, z czego jedna z nich będzie motywem przechodnim, wyłaniającym i pojawiającym się trzykrotnie w trzech różnych odsłonach. Jeden utwór w trzech postaciach. Taki mój kaprys. Będzie to kompozycja Tomka Bury, który jest drugą osobą po mnie najbardziej odpowiedzialną za kształt tego krążka. Oprócz tego, na płycie pojawią się różnego rodzaju intra i outra, które mają bardzo zróżnicowany charakter, czasem trochę zeschizowany. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie zrobiłem tak zróżnicowanej płyty. Jest ona zupełnie inna od moich poprzednich krążków. Największą niespodzianką nowego albumu będzie utwór częściowo hip-hopowy od którego płyta się zaczyna, w którym gościnnie występuje kapitalny brytyjski raper MC Solomon oraz polski mistrz turntablismu Mr Krime. Jest to o tyle niespodziewane, że zupełnie inne od czegokolwiek co wcześniej robiłem. Cała ta muzyka to spełnienie moich marzeń o płycie, którą sam chciałbym z przyjemnością słuchać i która wywoływałaby u mnie fajne emocje. Nie ma tu za dużo popisywania się umiejętnościami, a jest masę bardzo – przynajmniej mnie – kręcącej muzy.

Jak nawiązała się współpraca z MC Solomonem?

Szukaliśmy odpowiedniego rapera jakiś czas, wstępnie rozmawiałem z Piotrem Szmidtem (Ten Typ Mes), któremu bardzo spodobał się beat i cały utwór, ale który powiedział, że się nie wyrobi w tak krótkim czasie, a mnie bardzo terminy goniły, bo chciałem zdążyć z płytą na koncerty, które już były ustawione. Ostatecznie stwierdziłem, że jak nie rap po Polsku w wykonaniu Piotra, to może w sumie lepiej po angielsku i wtedy zwróciłem się o pomoc w znalezieniu kogoś odpowiedniego do Tomka Bury. Tomasz od czterech lat mieszka w Londynie i zna tam wielu ludzi. Wykorzystałem te znajomości do tego, by wzbogacić tę płytę nie tylko o MC Solomona, ale także o wybitnego fusionowego gitarzystę, z którym Tomek też już wcześniej współpracował. Alex Hutchings, o którym mowa, nagrał na płycie trzy solówki. To pomogło mi zrealizować moją wizję związaną z partią gitarową, którą słyszałem w głowie i chciałem mieć ten kolor na płycie. Bardzo się cieszę, że ta współpraca się udała. Próbuję na jesień zorganizować z Alexem kilka koncertów w Polsce, zobaczymy czy się uda (śmiech). Na płycie gościnnie zagrał też mój przyjaciel, wybitny wibrafonista, Bartek Pieszka, a wokalizę w jednym z numerów zaśpiewał Marcin Jajkiewicz, który jest moim przyjacielem jeszcze ze studiów i który jest szerzej znany z tego, że nagrał kiedyś przebój „Między Nami Nigdy Nic Nie Było” z zespołem Button Hackers. Gości na płycie jest znacznie więcej.

Jakie masz plany koncertowe związane z promocją płyty?

Od końca kwietnia do końca maja mamy zaplanowanych około 10 koncertów promujących płytę, m.in. w Szczecinku, Jastrzębiu Zdroju, Kielcach, Tychach, Brzegu Dolnym, Świdnicy, Wrocławiu, Zamościu, Chełmie i w Warszawie (31 maja). I to jest główna trasa promująca krążek. W czerwcu i w wakacje gramy po kilka koncertów miesięcznie i potem jesienią uderzamy ponownie z większą intensywnością. W maju też będę chciał udostępnić płytę w sprzedaży internetowej (żywy krążek oraz mp3). Przyznam, że zastanawiam się mocno nad oficjalną dystrybucją albumu. Prowizje dystrybutorów i sklepów to większa część wartości płyty, a i oficjalna sprzedaż takiej niszowej muzyki jest mała. Poza tym, kto teraz kupuje płyty w sklepach stacjonarnych? Ja uwielbiam kupować oryginalne albumy, jednak zamawiam je w Internecie.

Zostawmy na chwilę temat płyty i skupmy się na Twojej przeszłości. Do września ubiegłego roku grałeś w zespole F.O.U.R.S. Collective, z którym nagrałeś m.in. świetny album „Treezz”. Co właściwie się stało, że zakończyliście współpracę?

Głównym powodem było to, że coraz częściej nie dogadywaliśmy się z Michałem Salamonem, pianistą zespołu. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że mamy nieco inną wizję artystyczną i postanowiliśmy się rozstać. Muszę jednak przyznać, że ogólnie miło wspominam tę współpracę. Jeszcze przed rozstaniem z takich bardziej medialnych informacji wystąpiliśmy w przesłuchaniach do programu „Mam Talent„. Sami do nas zadzwonili z propozycją wzięcia udziału w programie, no to czemu nie. Razem dotarliśmy do półfinału. Kiedy jednak był on prezentowany w telewizji we wrześniu to już byliśmy po rozwodzie. W finale, podczas odcinka na żywo chłopaki zagrali już beze mnie. Jak to potem oglądałem, to widać było że przekombinowali aranż. Naćkali tam za dużo różnej stylistyki w tych dwóch minutach prezentacji i efekt nie był zbyt dobry. Nic dziwnego że nie przeszli dalej. Ale ogólnie ich kompozycje są bardzo fajne, także życzę im jak najlepiej.

I jak wyglądał ten czas po zakończeniu współpracy?

Wróciłem do koncertowania ze swoim zespołem Piotr Schmidt Electric Group. Ten zespół założyłem w kwietniu 2011 roku razem z Tomkiem Burą, basistą Michałem Kapczukiem, oraz perkusistą Sebastianem Kuchczyńskim (na niektórych koncertach przez te cztery lata towarzyszył nam wokalista Wojciech Myrczek). Od listopada 2013 do czerwca ubiegłego roku w ogóle ze sobą nie graliśmy. Po ośmiu miesiącach przerwy, bez żadnej próby zagraliśmy w lipcu dwa koncerty w ramach festiwalu w Regensburgu w Bawarii. Oba koncerty poszły nam tak genialnie, że wszyscy byliśmy w szoku. Zdaliśmy sobie sprawę, że chyba każdy z nas potrzebował przerwy, w tym czasie każdy z nas dojrzał, rozwinął się muzycznie. Kiedy kolejne koncerty grane do końca roku (m.in. Festiwal im. Milesa Davisa w Kielcach, czy Festiwal Pianistów Jazzowych w Kaliszu) poszły równie świetnie, zdecydowaliśmy, że musimy nagrać nową płytę, z nowym materiałem i cisnąć z tym zespołem dalej, bo naprawdę warto. Poczuliśmy, że wreszcie jest ta moc, która potrafi wywołać te wrażenia, których zawsze szukałem w muzyce. To jest ta energia, która oczyszcza i daje piękną motywację do pracy.

W międzyczasie pojawiłeś się gościnnie w big bandzie programu rozrywkowego „SuperSTARcie”, w którym udział brała m.in. Monika Borzym. Jak tam się znalazłeś?

Z tą propozycją wyszedł do mnie Wiesław Pieregorólka, który prowadzi ten zespół. Bardzo się ucieszyłem z tej propozycji, w końcu Pieregorólka jest kultową postacią polskiej sceny muzycznej, prowadził i wciąż okazjonalnie prowadzi jeden z najlepszych big bandów w Polsce. Jak zaczynałem swoją przygodę z muzykę, zachwycałem się jego nagraniami i wspólnie z Bartkiem i Wojtkiem Pieszkami słuchaliśmy jego czarnych big-bandowych płyt. To jest niesamowite, że dwadzieścia lat później on do mnie dzwonił z propozycją zagrania w jego big bandzie. Byłem więc tam tylko pionkiem w grze, ale za to bardzo uradowanym (śmiech).

A jak właściwie wyglądały Twoje początki z muzyką?

Dorastałem w rodzinie, w której od zawsze była muzyka. Mój ojciec jest historykiem jazzu i muzyki klasycznej, w latach 40.-50. grał na fortepianie, prowadził swój własny zespół swingowy, grali często na potańcówkach i imprezach tanecznych. Wiele lat wykładał historię jazzu na AM w Katowicach. Mama ukończyła dyrygenturę chóralną i zawsze słuchała muzyki klasycznej. Spośród całego mojego rodzeństwa to ja miałem największe zdolności muzyczne więc choć wszyscy chodzili do szkoły muzycznej, to ja jako jedyny poszedłem dalej tą ścieżką. Brat jest anglistą i mieszka w Londynie, a siostra studiuje prawo i politykę Bliskiego i Dalekiego Wschodu, też w Londynie. Pierwszy stopień szkoły muzycznej skończyłem na fortepianie, drugi to już trąbka, ale szkoły nie ukończyłem, bo bałem się, że nie zdam matury, jak będę miał dyplom w muzycznej i maturę w liceum na raz (śmiech).

Do Katowic dostałem się zaraz po liceum, głównie dzięki warsztatom jazzowym z Piotrem Wojtasikiem, na które jeździłem wtedy już od wielu lat i wiedziałem co przez cały rok mam ćwiczyć. Do tego bardzo pomogło granie z Bartkiem Pieszką w naszym kwintecie i ogrywanie się z zespołem jeszcze przed studiami. Studia to był kolejny etap doskonalenia się, podczas samych studiów zacząłem jeździć na różne konkursy razem z Michałem Wierbą. Mieliśmy wtedy taki hardbopowy kwintet. Od 2006 do 2010 roku, wygraliśmy chyba wszystkie najbardziej prestiżowe konkursy jazzowe organizowane w Polsce oraz kilka za granicą. Graliśmy razem aż do 2012 roku, później nasze drogi rozeszły się. Każdy z nas miał inną wizję artystyczną muzyki oraz inną koncepcję muzycznej pracy w zespole. Współpracę z tym kwintetem wspominam bardzo przyjemnie, był to bardzo ważny etap w moim życiu. Chętnie też wracam do wszystkich czterech nagranych przez nas płyt.

Jak myślisz, jak wiele w Twoim życiu zmieniły te konkursy muzyczne?

To była w sumie główna rzecz, której zawdzięczam to, że jestem w tym miejscu, w którym jestem. Te konkursy były bardzo ważnym etapem. Ba, wtedy pomagały mi się utrzymywać, bo było mało grań, a dużo wygranych (śmiech). Teraz o tych konkursach w moim kontekście nikt nie pamięta (śmiech). Każdy kojarzy już mnie po prostu jako jednego z trębaczy na polskiej scenie jazzowej.

Dodajmy, że jednym z najlepszych trębaczy w Polsce, m.in. według czytelników „JazzForum”…

No, to już zależy od indywidualnych upodobań, tego kto co lubi i jakie granie preferuje. A wracając do tych konkursów, to cieszę się, że ludzie kojarzą mnie z tego, że działam na rynku i gram konkretną muzykę niż z tego, że kiedyś tam wygrałem jakiś konkurs. To właśnie liczy się dla mnie najbardziej. Choć z drugiej strony, teraz ta moja muzyka bardzo się zmienia. Ciekawy jestem komu się spodoba, a kto się rozczaruje. Stylistyka mojej nowej płyty jest bardzo zróżnicowana, niewiele tam czystego jazzu.

A jak na Twoją obecną sytuację wpłynęło stypendium Uniwersytetu w Louisville w Kentucky?

To były takie warsztaty jazzowe dla studentów, które trwały ok. sześciu tygodni. Były tam prowadzone różne zajęcia, którymi przewodniczył m.in. David Liebman; byli tam najwybitniejsi studenci z różnych jazzowych wydziałów z całego świata. Pracowałem wówczas ze świetnymi ludźmi, świetnymi pedagogami, także gwiazdami jazzu, których mogłeś zapytać o wszystko, co związane z muzyką. Całe warsztaty dały mi wtedy dużo do myślenia i pomogły sprofilować moje ćwiczenie.

Jeśli chodzi o Twoje zespoły to po okresie współpracy z Wierbą, założyłeś zespół „Piotr Schmidt Electric Group”,  następnie w 2013 roku – Generation Next. Skąd pomysł na ten ostatni?

Zespół został stworzony z myślą o takich muzykach, jak ja, czyli muzykach mających jakieś tam tradycje jazzowe w rodzinie. Jest wiele osób, które też zmagają się z tym, że muszą udowadniać innym swój talent, bo inni patrzą na nich przez pryzmat naszych rodziców. Moim osobistym sukcesem w tej materii było to, że w 2010 roku wygraliśmy z zespołem Wierba & Schmidt Quintet bardzo prestiżowy Festiwal Jazzowy w Getxo w Hiszpanii. Wygraliśmy wówczas nagrodę nie tylko w kategorii „Najlepszy zespół”, ale także zdobyliśmy Nagrodę Publiczności, a ja jeszcze dostałem tytuł Najlepszego Solisty całego festiwalu. Zostałem wybrany spośród wszystkich muzyków ze wszystkich zespołów. Jury uhonorowało mnie za moje zdolności, a nie za to, kim był mój ojciec, bo oni go tam w Hiszpanii nie znali. Takie wyróżnienia ukracają jakiekolwiek plotki i negatywne opinie od osób nieprzychylnych. Dlatego właśnie założyłem zespół Generation Next – razem ze mną w skład zespołu weszli: Jacek Namysłowski grający na puzonie, gitarzysta Gabriel Niedziela i saksofonista Tomasz Wendt, a także Arek Skolik i Francesco Angiuli, których dokooptowałem nie tyle z powodu podobnej historii, co profilu muzycznego. Graliśmy razem przez ponad rok, zagraliśmy mnóstwo świetnych koncertów, ale potem jednak coś się zepsuło, trochę z powodu mojego skupienia się na pracy z F.O.U.R.S. Collective. Teraz z kolei sercem idę jeszcze gdzie indziej, czego efekty będzie można usłyszeć na nowej płycie zespołu Schmidt Electric już za moment.

Na ten album z niecierpliwością czekamy! Bardzo dziękujemy Ci za rozmowę, trzymamy kciuki za zbliżające się koncerty oraz sukces płyty!

Bardzo dziękuję, do zobaczenia na koncertach!