„Pochodzę z rzeczywistości, w której muzyka powinna opowiadać jakąś historię. Gdy byłem mały, muzyka nie była dla nas muzyką dopóty, dopóki nie wiązała się z jakąś piękną historią. To moje korzenie, z których czerpię niezależnie od miejsca zamieszkania. Nawet jeśli ludzie nie rozumieją języka, w którym historia jest opowiadana, mogą zawsze poczuć związane z nią emocje. Zarówno dźwięki, jak i samo brzmienie słów niosą już pewne treści. A historie ludzkich losów są wszędzie podobne – praca, miłość, cierpienie i szczęście. To samo wszędzie, na całym świecie”. – Richard Bona

Zadanie recenzenta jest z reguły proste. Należy w sposób mniej lub bardziej merytoryczny odnieść się do warstwy estetycznej. Trzeba wybrać to, co się podobało, uzasadnić swój wybór i jednocześnie odrzucić to, co w subiektywnym mniemaniu piszącego, stanowi element artystycznie burzycielski, bo nieatrakcyjny czy niepoprawny. Co jednak zrobić, kiedy spotyka się artystę pokroju Richarda Bony – genialnego wokalisty i multiinstrumentalisty, inteligentnego kabareciarza i po prostu wspaniałego człowieka? Możliwości jest bardzo wiele. Wszystkim towarzyszy jednak konieczność szerszej, bo nieograniczającej się tylko do sfery muzycznej, refleksji.

Biorąc pod uwagę powyższe i wykorzystując przywilej autora, fundamentem swojej wypowiedzi uczynię uniwersalizm, o którym w przytoczonym przeze mnie cytacie, mówi Bona. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że poruszać się będę w ramach struktury, którą narzuca relacja koncertowa, a nie recenzja płytowa. Ważne będą więc dla mnie ludzkie reakcje i związane z nimi emocje, które ten koncert raz wyzwalał, a raz zaspokajał.

Muzyka była w tym w tym wszystkim kluczowa, bo też ma ona charakter wspólnotowy. Potrafiąc łączyć to, co potencjalnie różnorodne, kulturowo obce i ograniczone do antropologicznych miar czasu i przestrzeni, realizuje ona najistotniejszą funkcję sztuki. Staje się bowiem narzędziem porządkowania i humanizacji świata. Sprawia przy tym, że jako słuchacze odczuwamy szeroko pojętą wspólnotę uczuć i myśli będących formą odczuwania.

W tym kontekście, warto odwołać się do poznańskich wydarzeń, które regularnie pozwalają nam tego doświadczyć. Ograniczając się tylko do kategorii dźwięku, wspomnieć tu można chociażby o zakończonej kilka dni temu Nostalgii czy listopadowym Made in Chicago. Oba te festiwale, podobnie jak koncert Richarda Bony, podkreślają wartość artystycznej i kulturowej transgresji, która jest zawsze spotkaniem z drugim człowiekiem i innością w ogóle.

Spotkanie z kameruńskim geniuszem, bo na takie miano Bona z pewnością zasługuje, było dla mnie właśnie czymś takim. Zresztą na pewno nie tylko dla mnie. Widać to było po atmosferze tego koncertu i fantastycznym, żywym kontakcie, który połączył muzyków i nas widzów. Ta relacyjność nie wiązała się bynajmniej z biernym odbiorem serwowanych nam utworów. To, z czym mieliśmy tego wieczoru do czynienia, przypominało raczej dialog. Dialog nierównoległy, bo zdominowany niezwykłą osobowością Bony, którego dowcipne i intelektualnie błyskotliwe teksty okraszone niemalże aktorskim talentem wzbudzały entuzjastyczny zachwyt publiczności. Dużą w tym zasługę miały polskie słowa, które szczególnie upodobał sobie artysta. Prawdopodobnie nikt tak umiejętnie nie wtrąciłby do tematów w warstwie lirycznej słów typu „pipidówa”, „żurek”, „pierogi” czy finalne „idziemy do domu”! To zresztą kolejny wyznacznik tego, co spowodowało, że ten koncert tak bardzo zapadnie mi w pamięci. Nie chodzi mi tylko o skeczowy charakter wypowiedzi, ale o uwagę, którą Bona poświęcił poznaniu miejsca, do którego się udał. Jest w tym jakiś szacunek i po prostu ciekawość świata, będąca udziałem nas wszystkich.

Odnosząc się już do samej muzyki, trzeba powiedzieć, że Bona podniósł swoją twórczość do rangi estetycznego zjawiska. Prezentując stylistyczny wachlarz autorskiego (i nie tylko) repertuaru, w pełni pokazał swoje prawdziwe „ja”. W trakcie koncertu mogliśmy usłyszeć zarówno utwory bardzo ascetyczne i kontemplatywne, jak i te, do których chciało się po prostu tańczyć. Tak dobrany materiał − wielobarwny i bogaty, bo powiązany z różnorodną, multikulturową tradycją jazzu − bez względu na rodzaj użytych konwencji i środków wyrazu, był przede wszystkim piękny.

Przyznam się szczerze, że doznania artystyczne emanujące ze sceny tego wieczoru przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałem się, że będzie tak fajnie, tak pozytywnie… Spotkanie to jest coś, co lubię najbardziej. Zwłaszcza takie spotkanie!

PS, pisząc, przypomniała mi się wypowiedź Theloniousa Monka, który zapytany przez Francisa Postifa, czy pochodzi z muzycznej rodziny, odpowiedział: „Pochodzę z muzycznej rodziny, bo moją rodziną jest świat. A świat jest muzyką, prawda?”