Pracowała jako asystentka magika (jako ta niewiasta, którą bez przerwy przecina się na pół) i jak twierdzi – w poprzednim wcieleniu była wampirem. W rzeczywistości to skromna i wrażliwa dziewczyna, choć z nie lada sukcesami na koncie. Ostatnio pracowała nawet z Pharellem Williamsem, ale wciąż nie może zdecydować się, czy jest w swym życiu szczęśliwa czy też smutna. O swoich rozterkach i inspiracjach opowiedziała nam Paloma Faith.

Nie ma chyba zakątku świata, gdzie nie zaśpiewano i nie zatańczono by przeboju „Happy”. Nie każdy wie, że gdy Pharrell stawał u szczytu swej popularności, jednocześnie produkował również przebój („Can’t Rely on You”) z Twojego najnowszego albumu. Czy jesteś „happy”, gdy słuchasz efektu swojego nagrania? 

Pharrell ma jedną niesamowitą cechę. Wszystko, czego się nie dotknie natychmiast zamienia się w złoto. Współpraca z nim układała się wyśmienicie. W zasadzie jedynym problemem był fakt, że to niesłychanie pociągający mężczyzna i naprawdę trudno skupić się w pracy. (śmiech)

Jak to się stało, że razem nagrywacie?

To był Nowy Jork. Gala mody Met. Podszedł do mnie i powiedział, że fajnie byłoby coś razem nagrać. Z początku nie wiedziałam co powiedzieć. Byłam w szoku, że w ogóle wie kim jestem. Po kilku dniach otrzymałam od niego smsa, reszta jest już historią.

Podobnie jak Twój najnowszy album „A Perfect Contradiction”. Bardzo różny od Twoich poprzednich nagrań.

Jeszcze przed nagraniem „A Perfect Contradiction” pomyślałam sobie, że jestem już strasznie zmęczona byciem smutną. Bardzo chciałam nagrać coś radosnego, co byłoby celebracją życia. Myślę, że zmianę widać choćby w tempie utworów na najnowszym krążku. Mam wrażenie, że wcześniej moja muzyka miała charakter mocno terapeutyczny. Pozwalała wyrzucać z siebie wiele negatywnych emocji i doświadczeń. I jak się zdaje, osiągnęła zamierzony rezultat (śmiech). Teraz mogę się po prostu cieszyć.

No tak, ale jeśli popatrzeć na słowa piosenek na „A perfect…”, to aż roi się w nich od tematów takich jak utrata bliskiej osoby, samotność czy porzucenie.

Stąd wziął się właśnie tytuł tego albumu.  Od tych tematów tak naprawdę trudno się uwolnić. Świetnie sprawdzają się w piosenkach. Jednym z głównych tematów albumu jest mój niedawno zakończony związek. To naprawdę dziwne uczucie śpiewać o tym wszystkim.

Powiedziałaś kiedyś, że prawdziwe szczęście osiągasz tylko na scenie. Wtedy bowiem możesz całkowicie oderwać się od rzeczywistości. Czy to znaczy, że świat normalnie jest nie do zniesienia?

(Śmiech) Nie jest. Po prostu nie wyobrażam sobie życia bez sceny, publiczności. Lubię być w centrum uwagi, wiedzieć, że inni na mnie patrzą, wygłupiać się, krzyczeć i sprawdzać reakcję publiczności. Uważam, że każdy człowiek powinien decydować o swoim losie. Moim mottem zawsze było: jeśli  robisz coś wystarczająco dużo razy, stajesz się tym. I to z jednej strony może być nieco pesymistyczne. Domyślam się, że stąd biorą się właśnie wszystkie nałogi (śmiech). Ale z drugiej strony, pozwala myśleć, że ma się wpływ na swoje życie. I że można je dowolnie kształtować i osiągać swoje cele.

Kiedyś na przykład zdecydowałaś, że chcesz pracować u boku iluzjonisty.

(Śmiech). Pracowałam dla dwóch magików. Robiliśmy wszystkie tradycyjne sztuczki. Przecinali mnie piłą na pół, były gołębie i króliki wyciągane z kapelusza. Uwielbiałam to! Może dlatego, że w poprzednim wcieleniu byłam wampirem.

Nie myślałaś nigdy o nagraniu płyty czysto jazzowej?

To byłby w pewnym sensie powrót do korzeni. Mój ojciec był fanatykiem jazzu więc od dziecka niejako z przymusu słuchałam jazzu instrumentalnego. Z kolei mama była raczej romantyczką – słuchała Niny Simone i Edith Piaf. Nagranie płyty w tej konwencji byłoby czymś wspaniałym.