We wtorkowy wieczór wrocławska Hala Orbita gościła wyjątkowego gościa – Woodkida, francuskiego wokalistę, tekściarza, a także reżysera teledysków dla takich gwiazd, jak Lana Del Rey czy Rihanna. Artysta wystąpił jako główna gwiazda WrocLove Fest 2014, w ramach którego wystąpią niebawem także m.in. Monika Brodka czy Krzysztof Zalewski.

Chociaż koncert miał rozpocząć ok. 20:00, na wejście artysty na scenę musieliśmy trochę poczekać. Kiedy na scenie pojawili się już muzycy – sekcja dęta, klawiszowiec oraz dwóch perkusistów – w hali zapanował klimat tajemnicy, charakterystyczny dla twórczości Woodkida. Trzeba przyznać, że w takiej atmosferze minęła praktycznie cała pierwsza część koncertu. Na ekranie ujrzeliśmy ciekawe wizualizacje, a do naszych uszu zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki intro, czyli utworu „Baltimore’s Fireflies„. Już wtedy na pierwszy plan wysunęła się mocna perkusja i bębny.

Kolejne propozycje, w tym m.in. tytułowy kawałek z debiutanckiej płyty wokalisty, czyli „The Golden Age„, a także „Ghost Lights” i „I Love You” pozostały w spokojnym, pełnym niepewności klimacie. Chociaż instrumentalnie całość intrygowała, a wszystko dopełniały ciekawe wizualizacje, w wokalu Woodkida zabrakło czegoś, co złapałoby mnie za serce. Podobnie jak na płycie, artysta śpiewał wszystko praktycznie jedną barwą głosu, co z czasem zaczęło nieco nużyć. Na szczęście, całość załagodziła coraz mocniej rozwijająca się sekcja dęta oraz perkusje, a nasze oczy nadal cieszyły ciekawe obrazki w tle. Wzruszającym momentem na pewno było wykonanie ballady „Go” oraz „Brooklyn„, w którym wybrzmiała świetna solówka na klawiszach. Po zaśpiewaniu, wokalista zszedł ze sceny, a salę opanował mroczny, nieco upiorny klimat, dzięki brzmieniom przypominającym organy.

Żywszą, a także ciekawszą scenicznie część rozpoczął utwór „Stabat Mater„. Kolejne, równie mocne kawałki, takie jak „Volcano” czy „Iron” powodowały, że z coraz większą przyjemnością słuchałem tego, co dzieje się na scenie. Coraz mniej przeszkadzał mi nieco przeciętny w brzmieniu wokal Woodkida, który nadrabiał świetnym kontaktem z publicznością, a zespół pokazał jeszcze więcej pazura. Elektroniczna wstawka w trakcie ożywiła ludzi do tego stopnia, że wszyscy zaczęli skakać  i tańczyć, z francuskim artystą na czele. Nie obyło się także bez małej wpadki z odsłuchem, dzięki której na scenie przez chwilę poznać mogliśmy dźwiękowca imprezy, pomagającemu artyście przy sprzęcie.

Po zejściu wykonawców po ostatniej piosence, „The Great Escape„, cała sala zaczęła głośno skandować pseudonim Yoanna Lemoine’a, zachęcając go do powrotu na scenę i zaprezentowanie jeszcze jednego numeru. Wokalista postanowił spełnić oczekiwania rozgrzanych podczas tańca widzów, śpiewając swój największy przebój „Run Boy Run„, a zaraz po nim instrumentalny kawałek „The Other Side„. Po dość długich brawach zaprezentował swój zespół i w rytm oklasków zniknął za kulisami.

Muszę przyznać, że po koncercie Woodkida oczekiwać można było jeszcze więcej. Chociaż wizualizacje, światła oraz ogólny scenariusz koncertu nie pozostawiał żadnego niesmaku, zabrakło mi czegoś w wokalu performera. To, co na płycie mnie urzekło, czyli niska barwa i duża dawka tajemniczości w głosie,  na żywo nie brzmiało tak zachęcająco. Wokalista zapunktował natomiast emocjonalnością w pierwszej części oraz niezwykłą energią w drugiej.

[AFG_gallery id=’54′]