Gdy wydawało się, że jest na samym szczycie nagle znika bez słowa i w zasadzie poza kilkoma filmami, w których zagrała nie daje znaku życia. Teraz Lisa Stansfield wraca z nowym albumem „Seven” i jest w świetnej formie.

Rozmowa z Lisą jest trochę jak pogawędka z koleżanką. Śmieje się w nieoczekiwanych momentach, nuci melodię, której i tak nie rozpoznajesz, albo przeprasza, bo musi coś zjeść, ale mówić nie przestaje.

 

Obawiam się, że moje pierwsze pytanie może nie być oryginalne, jeśli zapytam… 

Co mi przyszło do głowy, żeby wznowić muzyczną karierę, po tylu latach milczenia. Może to pomińmy?
(Tutaj Lisa śmieje się głośno, tak, że nie mam serca kontynuować tego tematu. Ostatecznie najważniejsze, że wróciła do śpiewania).

Wszystkie wywiady z Tobą zaczynają się w ten właśnie sposób. Może spróbuję więc inaczej: co jest lepszego w śpiewaniu od bycia aktorką?

To strasznie trudne pytanie! Sama nie wiem. Bo przecież oba zawody to wyzwanie. Tak samo wielkie. I oba zawody sprawiają mi równie wielką przyjemność. Kiedy śpiewasz, i kiedy grasz nigdy się nie nudzisz, zawsze wokół ciebie jest coś szalenie interesującego. Śpiewanie ma wiele z aktorstwa – opowiadasz pewną historię, musisz wcielić się w jakąś rolę. A ja to bardzo lubię.

A jednak przestałaś śpiewać na całą dekadę! Powiedziałaś kiedyś, że w czasie gdy nagrywałaś swoje trzy pierwsze albumy, byłaś tak zapracowana, że nie miałaś czasu, żeby pobyć tak naprawdę sobą. Czy to jeden z powodów, dla których zdecydowałaś się później zrobić przerwę w karierze?

To był faktycznie zupełnie szalony czas. W pewnym momencie zamarzyło się mi po prostu odrobinę prywatności. Rozumiesz, o czym mówię? Tylko, że szczerze mówiąć, ja wtedy myślałam, że biorę krótki oddech, najwyżej rok urlopu! Byłam przekonana, że to będzie jedynie krótkie odsapnięcie, a wyszło z tego dziesięć lat.
(Lisa znów śmieje się, jak zwykle kiedy mówi się o jej przerwie w śpiewaniu. Tym razem ja dołączam do niej, bo faktycznie – ile to razy człowiek myśli sobie, że zdrzemnie się na minutkę, a budzi się rano).

Wracając do śpiewania po takim czasie czułaś, że masz coś do udowodnienia?

Tylko, że ja tak naprawdę nie czuję, że naprawdę odeszłam od śpiewania. Po prostu zakosztowałam zupełnie normalnego życia. I w tym normalnym, codziennym życiu cały czas śpiewałam. Nie były to może w pełni profesjonalne wykonania w wielkich halach koncertowych, ale muzyka towarzyszyła mi przez cały ten czas. To po prostu moja pasja.

Rozumiem, że śpiewałaś pod prysznicem.

(Lisa właśnie je (o czym mnie poinformowała wcześniej), teraz śmieje się i lekko krztusi. A potem zamyśla nad tym, czym jest dla niej tworzenie piosenek. W słuchawce straszna cisza, ale kiedy zaczynam się zastanawiać, czy wszystko z nią w porządku, słyszę poważną odpowiedź).
Przez cały ten czas myślałam o piosenkach. Myślałam, pisałam, śpiewałam. Wciąż, każdego dnia. Zapisywałam pomysły na teksty i melodie. Nawet nie zauważyłam jak zrobił się z tego całkiem pokaźny materiał. Miałam w zanadrzu około 50 piosenek. To jest chyba tak, że mnie nikt i nigdy nie może zmusić do porzucenia tego zajęcia. Tak jak nie możesz przestać artyście tworzyć.

Porozmawiajmy teraz o Twoim nowym albumie. Wydaje się, że posiada wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy Twojego stylu. Świetny wokal, niezłe aranżacje, fachowi muzycy. Nie masz jednak wrażenia, że brzmi to trochę staroświecko, trochę tak, jak w latach 80tych? 

Może po prostu dlatego, że to jestem ja. Po prostu ja. Dla mnie najważniejsze jest, żeby być sobie. Wróciłam, ale się nie zmieniam.Może zmieniła się tylko moja perspektywa. Kiedyś na przykład nienawidziłam tras koncertowych, teraz je uwielbiam. Wspaniale jest znowu spiewać, ale znacznie bardziej świadomie. Dzięki temu wszytsko smakuje lepiej. Mamy taki świetny zespół i w maju ruszamy w trasę, a ja już się na nią cieszę.

Fani też się cieszą, chyba jesteś zadowolona z tego, jak płyta „Seven” została odebrana?

Tak! Jestem absolutnie zachwycona i zaskoczona tym, jak przyjęto ten album. Docierają do mnie same miłe reakcje. Jestem szczęśliwcem, że tak udało mi się wrócić. To rzadkie, kiedy ktoś tak znika.

Czy jesteś w stanie powiedziec, jaki był najważniejszy moment w twojej karierze?

(Lisa nie daje się złapać, na takie proste pytania. Błyskawicznie ripostuje).
A może ty mi powiesz?

Wydaje mi się, że było to wydanie albumu „Affection”, który rozszedł się w ponad 5 milionach egzemplarzy na całym świecie.

No tak, a ja po prostu jestem wdzięczna za wszystko co mi się przydarzyło. Za wszystko! Nie należę do tych niewdzięczników, którzy wszystko krytykują i nigdy się nie cieszą. A jeszcze do tego, jak wspaniale, że wciąż mam tyle nowych pomysłów.

A skoro tak, i skoro sama móiwsz, że tyle już jest gotowych utworów, które nie zmieściły się na płycie „Seven”, to czy szykujesz już dla nas jakieś „Eight”?

(Lisa znów śmieje się głośno i nie wiem, czy to zwiastun kolejnej przerwy w jej karierze, czy może przeciwnie. Jej odpowiedź jest też niejednoznaczna).
Wciąż piszę. Wciąż. Utwory czekają. Może coś w tego powstanie.

Czy ty kiedyś odpoczywasz? Czy tylko pracujesz produkując dziesiątki piosenek? A jeśli odpoczywasz, to przy jakiej muzyce?

Przy żadnej! Kiedy jestem zmęczona, to włączam telewizor. Jestem, cóż zrobić, miłośniczką telewizji i tak mój mózg odpoczywa najlepiej. Wiesz, siadam, włączam i słyszę już mój znajomy program.
(Lisa nagle zaczyna nucić czołówkę swojego ulubionego programu telewizyjnego, a ja za żadne skarby nie mogę skojarzyć co to jest. Może to wina połączenie telefonicznego, może mojego niewprawnego ucha, a może różnic kulturowych będących dowodami na niedoskonałą globalizację)

Szkoda tylko, że na trasie nie odwiedzisz Polski.

Szkoda i bardzo mi przykro, ale sam rozumiesz – nie mogę być wszędzie.
(Po kilku minutach nauki, Lisa kończy rozmowę pięknym, polskim i poprawnie wymówionym: Dziękuję).

UPDATE! Lisa jednak wystąpi w Polsce! Koncert odbędzie się 3 listopada w Warszawie! Więcej tutaj.