Koncert rozpoczął się prezentacją krótkiego filmu z orientalnych podróży Kayah. Po wejściu orkiestry na scenę wybrzmiały pierwsze dźwięki rodem z żydowskich ulic, które później stawały się coraz żywsze, mocniejsze. Już od pierwszego wykonania, wszyscy zgromadzeni w Sali Kongresowej zostali zaproszeni do orientalnego, intrygującego świata wokalistki. Artystka zaczęła śpiewać pierwszy utwór – „Transoriental” – przez megafon, potem zaprezentowała charakterystyczne, hinduskie melizmaty, a w tle wciąż przygrywały gitary, fortepian i akordeon, klarnet oraz m.in. indyjski Santur czy instrumenty perkusyjne, takie jak bendir, cajón czy darabuka. Sama Kayah wciąż przygrywała na tamburynie, dając się porwać tańcu, do którego skutecznie nas przekonywała.

Po przywitaniu się z publicznością i podziękowaniu za liczne przybycie, zapowiedziała nam „mnóstwo miłości” oraz „podróż uszami po mapie”. Wycieczkę kontynuowaliśmy pieśnią „Aman minush” wykonaną w języku ladino, podczas której widownia klaskała w rytm wystukiwany przez Bartosza Nazaruka na perkusji i Patrycję Napierałę na instrumentach perkusyjnych. Coraz bardziej rozwijające się tempo utworu oraz energia Kayah przenosiły się powoli nawet na balkony Sali Kongresowej. Nie inaczej było podczas wykonania numeru „De edad de kinze anyos„, opowiadającym – jak zapowiedziała sama Kayah – o „historii dziewczyny zdolnej do miłości, tak jak ja”. Wokalistka poruszyła emocjonalnością i wrażliwością w głosie, który bardzo ciekawie brzmiał w towarzystwie tamburyna oraz rytmicznych bębnów, ładnie wyróżnionych solówką.

Przed następnym kawałkiem „Kondja mia, kondja mia” (w wersji polskiej „Muszlo moja„), otwierającym album „Transoriental Orchestra„, cała sala ucichła, zapanowała odprężająca atmosfera, podkreślona dźwiękiem szumu morza. Podczas wykonania nie zabrakło wzruszających melizmatów, w których Kayah wsparli: chórzystka Iwona Zasuwa oraz Jahiar Azim Irani, który chwilę później wykonał solówkę na Santurze. Muszę przyznać, że całość nabrała jeszcze większej liryczności, w śpiewie słychać było cierpienie, żal. Weselszy klimat przyniosły kolejne propozycje: utwór „Lamma bada„, ze świetnymi wstawkami na bębnach, oraz „El Elijahu„, przy okazji którego wokalistka zaprosiła wszystkich widzów do wspólnego śpiewania refrenu. Na koncercie nie mogło zabraknąć także Pako Sarra, który zagrał partię instrumentalną podczas gromko oklaskiwanego, żywiołowego utworu „Hava nagila„.

Równie ciepło przyjęte zostały wykonania utworów niepochodzących z najnowszej płyty wokalistki, w tym jeden z jej największych przebojów – Sto lat młodej parze, nagrany ponad piętnaście lat temu na potrzeby projektu Gorana Bregovića. Było to z pewnością jedno z najciekawszych, najbardziej porywających wykonań podczas całego koncertu. Początkowo spokojny refren szybko rozwijał się w dynamiczny, w tle obejrzeć można było teledysk do utworu „Prawy do lewego” (także z płyty duetu), a nieco przaśno-weselną atmosferę całości podkreśliły dźwięki akordeonu. Drugim kawałkiem, pochodzącym z przełomowej dla kariery artystki płyty, była piosenka „Jeśli Bóg istnieje„, wykonana bardzo spokojnie, emocjonalnie. Nieco „skrzeczące” wykonanie przez nią pierwszej zwrotki numeru zrekompensowały mi bardzo ciekawe akcenty skrzypiec Mateusza Adamczyka i klarnetu George’a Antoniva oraz ładne połączenie głosów Kayah i Iwony Zasuwy pod koniec. Nie zabrakło także zaskakującego coveru przeboju „Ostatnia niedziela„, w którym zaskoczyła mnie niezwykła interpretacja wokalna, ładnie współgrająca m.in. z kontrabasowymi wstawkami Marty Zalewskiej.

Pięknym momentem całego koncertu było uroczyste wręczenie artystce platynowej płyty za album „Transoriental Orchestra”. Nieukrywająca wzruszenia Kayah podziękowała wszystkim muzykom i producentom za współpracę oraz słuchaczom za wsparcie i promowanie jej muzyki. Po wysłaniu nam „platynowych buziaków”, wykonała kilka spokojniejszych numerów, w tym liryczny utwór „Rebeka” oraz odprężający „Ajde jano„, w którym przeszkadzały mi jedynie melizmaty wykonane przez Jahiara. Chociaż były wykonane poprawnie, wybiły mnie nieco z pewnego rodzaju „zahipnotyzowania”, w który wprowadziły mnie dźwięki jego solówki na santurze oraz te zagrane na klarnecie przez Antoniva. Swoje „pięć minut” miał także świetny pianista Jan Smoczyński, który dodał całości jeszcze większej dawki balladowości. Następny numer, „Jidisze mame„, Kayah dedykowała swojej mamie, siedzącej na widowni. Chociaż zazwyczaj takie ckliwe wykonania utworów wyciskają mi łzy z oczu, w tym zaprezentowanym przez artystkę zabrakło mi „tego czegoś”. O wiele bardziej wzruszyły mnie zdjęcia matek z dziećmi, wyświetlane podczas trwania całej prezentacji. Dużą dawkę emocji przyniosły także solówki zagrane na skrzypcach i fortepianie oraz fragment a’ cappella podczas kompozycji „Warszawo ma„.

Jako bis, Kayah zaprezentowała prawdziwy miks językowy. Oprócz romskojęzycznego utworu „Kicy bidy i bokha” (poprzedzonego świetną solówką na klarnecie) ze ścieżki dźwiękowej filmu „Papusza„, wokalistka zaśpiewała m.in. po rosyjsku, a także zaprezentowała polsko-angielsko-holenderską mieszankę, cygańskimi rytmami zachęcając nas do tańca.

[AFG_gallery id=’39’]