W minioną niedzielę warszawski klub Pardon, To Tu pękał w szwach. Wszystko za sprawą Petera Brötzmanna i Steve’a Noble’a, którzy przyjechali na swój jedyny koncert w Polsce, promujący ich wspólny album – „I Am Here Where Are You„.

Trzeba przyznać, że już samo wejście i zajęcie dobrego miejsca w niezwykle zatłoczonej sali graniczyło z cudem. Miłośnicy jazzu oraz – przede wszystkim – gwiazd wieczoru stawali gdziekolwiek, byleby tylko ich zobaczyć. Całość zaczęła się magnetyczną grą Noble’a na perkusji, która wprowadziła do budynku bardzo egzotyczny, nieco afrykański klimat. Dodając do tego klarnet Brötzmanna oraz jego niesamowite współgranie, otrzymać można magiczny efekt.

Pomimo zapowiedzi organizatora, to Steve (a nie „legenda” Peter) okazał się jednak najjaśniejszym elementem całego koncertu. Jego różnorodne techniki gry, takie jak np. uderzanie pałeczkami w same krawędzie werbli, niezwykle szybkie tempo grania, dynamiczna zmiana pałeczek (ze sztabkowych na zwykłe) czy granie jedną pałką oraz dłonią, zrobiły na wielu ogromne wrażenie. Można było odnieść wrażenie, że kradnie on całą uwagę publiczności, pozostawiając klarnecistę i saksofonistę w tyle. Muszę przyznać, że chyba nieco więcej oczekiwałem od niemieckiego „najgłośniejszego saksofonisty świata” (jak kiedyś został okrzyknięty). Jego gra mnie nie porwała, a dźwięki wydobywane zarówno z klarnetu, jak i saksofonu, nie przekonały mnie tak, jak dynamiczna, pełna mocy gra perkusji. I chociaż momentami liryczność Brötzmanna brzmiała przyjemnie przy żywiołowej i szybkiej grze Noble’a, a na jego twarzy widać było olbrzymie pokłady pasji i miłości do występowania, to właśnie perkusista uwiódł mnie podczas całego koncertu. W jednym momencie jego agresywne uderzenia w instrument spowodowały nawet, że perkusjonalia „skakały”, tworząc niezwykły efekt dla oczu, o uszach nie wspominając.

Najważniejszym elementem całego wydarzenia był, wspomniany wcześniej, klimat, tworzony głównie przez dźwięki perkusji. W jednej chwili afrykański, potem nieco bardziej jazzowy, później przechodzący w kameralny, aby potem stać się nieco agresywniejszym. Nie można nie wspomnieć także o genialnym wybijaniu rytmu oraz solówkach, które grał Steveg, kiedy Peter przygotowywał się do zagrania kolejnych utworów. Niemal płynne tempa oraz nastroju poszczególnych kompozycji niejednokrotnie wprawiły mnie w oszołomienie, zwłaszcza, kiedy ze spokojnej melodii nagle przeszedł w tę dynamiczną, żywiołową. Tego wyjątkowego obrazka nie były w stanie zepsuć nawet „skrzeczące” solówki grane w pewnym momencie na krawędziach talerzy, których dźwięk wzbudził we mnie małe rozczarowanie.

Prawdziwą wyrocznią każdego koncertu i tak są odbiorcy. Widok ludzi zamykających oczy i poruszających głowami w rytm muzyki był bezcenny i uświadomił mi, że chyba tylko jazz jest w stanie wprowadzić człowieka w taki stan katharsis, wewnętrznego oczyszczenia. Nie ukrywam, że i mnie się to udzieliło, zwłaszcza przy nieco spokojniejszej grze Noble’a. I kiedy nagle, nieoczekiwanie wybrzmiały o wiele mocniejsze, agresywniejsze brzmienia, cała sala nie tylko podskoczyła, ale zaczęła też bić gromkie brawa. Po podziękowaniach muzyków oraz wyznań, że przyjazd do Polski był dla nich przyjemnością, wszyscy powoli zaczęli opuszczać salę.

Taki koncert, jak ten, były potrzebne nie tylko mi, ale zapewne też wielu innym osobom obecnych w Pardon, To Tu. Koncert dał do zrozumienia, że gonitwa z czasem czy obowiązkami w konfrontacji z prawdziwym jazzem okazuje się bezsensowna. Niezwykła technika i tempo gry Steve’a oraz liryczność i pasja Petera wprowadziły słuchacza w niezwykły, refleksyjny nastrój. Liczę, że duet niedługo ponownie zawita do Polski i zagra kolejny świetny, odprężający koncert.

[AFG_gallery id=’40’]