W sobotni wieczór w Fabryce Trzciny odbył się pierwszy warszawski koncert Anthony’ego Stronga, angielskiego wokalisty i pianisty smooth-jazzowego, który wydał właśnie swój najnowszy album pt. „Steppin’ Out„. Artysta, często porównywany do samego Michaela Bublé, jednym słowem oczarował całą publiczność. I chociaż popularnością ten drugi znacznie przewyższa swojego kolegę z branży, muzycznie obaj są na tym samym, wysokim poziomie.

Już od pierwszego utworu – „Steppin’ Out With My Baby” (który w oryginale wykonywał Fred Astaire) można było poczuć iście hollywoodzki klimat. Na scenie, oprócz gwiazdy wieczoru, pojawił się kwintet, który podkreślił bardzo ciekawy klimat wieczoru. Nie zabrakło niesamowitej solówki na trąbce oraz saksofonie. Kolejne numery, takie jak „Luck Be A Lady” z repertuaru Franka Sinatry, „Overjoyed czy „My Ship” zostały zagrane na najwyższym poziomie i wprawiły całą salę w bardzo pozytywny nastrój. W pierwszej prezentacji nie zabrakło nieoczekiwanych zmian tempa oraz rytmicznego klaskania publiczności w rytm wyklaskiwany przez Stronga, druga natomiast została zdominowana przez odprężający, nieco „chilloutowy” klimat oraz genialne zakończenie.

Klaskanie zgromadzonych w Fabryce Trzciny fanów wokalisty podczas występu było częstym motywem podczas całego koncertu. Oprócz wybijania rytmu w „Luck Be A Lady„, artysta poprosił nas o stworzenie tzw. „efekt Sinatry”, czyli o przyznanie gromkich braw po zaśpiewaniu pierwszego wersu utworu. Jeszcze piękniejszym momentem było wspólne śpiewanie wokaliz czy zrobienie przez wokalistę pamiątkowego zdjęcia publiczności (co jest zresztą stałym elementem koncertów Stronga).

Oprócz fenomenalnego Anthony’ego, na scenie obecny był wyżej wspomniany kwintet. Ich solówki w praktycznie każdym utworze – czy to w „Gambling Man Blues” mówiącym o niebezpieczeństwie uzależnienia się od hazardu, czy „Cheek to Cheek” z repertuaru Freda Astaire’a. Za każdym razem można było zapomnieć o bożym świecie i oddać się w całości dźwiękom wydobywających się z saksofonu, kontrabasu czy trąbki. Nie zabrakło także fortepianowych wstawek zagranych przez Anthony’ego oraz wzruszającego intro zagranego w kultowym numerze „When I Fall In Love” Nat King Colea. Utwór znacznie uspokoił rozrywkowy klimat całego koncertu, wprowadzając nieco liryczności oraz intymności. Swingowo-smoothjazzowa atmosfera powróciła jednak w kolejnej propozycji, czyli „EarlyBird„, podczas której po raz kolejny poczułem się jak na koncercie Michaela Bublé.

Do najlepszych elementów całego koncertu w Fabryce Trzciny zaliczyć należy także interpretację przeboju Franka Sinatry – „They Can’t Take That Away From Me„, które rozpoczęło się instrumentalnym intro, a potem rozwinęło się w rewelacyjny utwór, w rytm którego kołysała się cała publiczność. Ogromnym plusem występów Anthony’ego Stronga były także jego wokalizy wykonane w trakcie m.in. „That Kind of Guy„, podczas którego rytmicznie grały bębny perkusyjne.

Kwintesencją całego spotkania były bisy. Pierwszy z nich – nastrojowy przebój Nat King Colea pt. L-O-V-E, podczas którego wokalista uwiódł wszystkie panie siedzące na publiczności, podobnie jak saksofonista oraz jego solówka. Po zejściu wszystkich instrumentalistów oraz Stronga ze sceny, widownia ponownie zachęciła gwiazdę wieczoru do powrotu. Tak też się stało, ale zaskoczony entuzjastycznym odbiorem oraz radością, jaką sprawił ludziom, wykonał na fortepianie wzruszającą balladę „For Once In My Life” Franka Sinatry. Wykonanie idealnie podsumowało cały koncert – muzyka na najwyższym poziomie, niebanalny, uczuciowy wokal oraz niezwykła osobowość. Taki właśnie był – i jest nadal – Anthony Strong. Kto nie był – polecam jego pozostałe ogólnopolskie koncerty z cyklu promocji albumu „Stepping Out”.

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć nie z warszawskiego, a wrocławskiego koncertu.

[AFG_gallery id=’50’]