Monika Borzym kilka dni temu świętowała premierę drugiej płyty. Udało nam się spotkać z artystką i porozmawiać na jej temat. Zachęcamy do lektury.

Kilka dni temu był wielki dzień, zarówno dla Ciebie jak i Twoich fanów – premiera drugiej płyty. My chcemy jednak zapytać Cię jeszcze o pierwszą. Czy spodziewałaś się po niej takiego sukcesu?

Szczerze? Naprawdę nie. Jestem wdzięczna mojej wytwórni za pracę, jaką włożyli w promocję płyty oraz wszystkim tym, którzy we mnie uwierzyli i pokochali. Takie momenty są bardzo budujące.

To wróćmy do bohaterki nr 1, do płyty „My Place”. Nagrywałaś ponownie album w Stanach, dlaczego akurat tam?

Jednym z głównych powodów jest to, że bliższe jest mi amerykańskie spojrzenie na muzykę, bo jednak w większości tam się kształciłam. Poza tym, zanim jeszcze podpisałam kontrakt z Sony Music, poznałam Matta Piersona i długo planowałam aby zrobić z nim płytę. Kiedy podpisałam kontrakt z Sony stało się to możliwe i naturalnie nie wahałam się ani chwili. Kolejnym powodem jest to, że nie do końca ufam polskim realizatorom dźwięku, uważam, że jest to dziedzina, w której znamy się najmniej. O tyle o ile nie miałabym problemu z nagraniem albumu z polskimi muzykami, to miałabym spore obawy przed oddaniem swojej muzyki polskiemu realizatorowi.

Jak długo trwały pracę nad płytą?

Zbieranie materiału trochę trwało, ale pracowaliśmy z przerwami. Pierwsze piosenki napisały się ponad rok temu, później mieliśmy mały przestój w tworzeniu, na nowo zaczęliśmy około maja 2013 roku. Mieliśmy ponad 20 utworów, z których wybraliśmy te najlepsze.Jeśli chodzi o pracę w studio, tu już mocno podkręciliśmy tempo. Spędziliśmy w studio 5 dni, a same wokale zajęły mi dokładnie 11 godzin.

Po długiej ciszy, do sieci trafił Twój nowy utwór „Zniknąć stąd”, dlaczego nie trafił na album?

Powód jest prosty. Utwór „Zniknąć stąd” powstał z moim polskim zespołem, nie z muzykami, z którymi nagrywałam album „My Place”. Jeśli chodzi o polski zespół, mamy w planach zarejestrowanie większego materiału, ale na razie to tylko plany.

Na „My Place” możemy znaleźć trzy covery, w tym utwór bardzo popularny jakim jest „Only Girl (In The World)” Rihanny. Skąd wybór właśnie tego utworu?

To był w zasadzie przypadek. Ten utwór dołączył do naszego repertuaru koncertowego jeszcze podczas trasy z płytą Girl Talk. Dodaliśmy go dla urozmaicenia, żeby nie było nudno. Pociągnęliśmy temat znanych utworów znanych kobiet i dodaliśmy właśnie wspomniany cover Rihanny i „Toxic” Britney Spears. Kiedy wylądowaliśmy z Mariuszem Obijalskim w Nowym Jorku i zastanawialiśmy się z czego będzie się ta nasza nowa płyta składać, podrzuciliśmy luźny pomysł Mattowi odnośnie Rihanny. Zagraliśmy go w duecie i bardzo mu się nasza wersja spodobała. Tak trafił na płytę. Spontanicznie.

Twoja debiutancka płyta została znakomicie przyjęta przez słuchaczy i krytyków. Jest obawa, że „My Place” nie spełni oczekiwań?

Jakbym miała się tym przejmować, to chyba bym oszalała. Robię to co kocham, w pewnym sensie głównie dla siebie. Staram się aby wszystko co robię dawało mi pełną satysfakcję. Mam nadzieję, że album „My Place” nikogo nie zawiedzie – ja podpisuję się pod nim wszystkimi kończynami. (śmiech)

Wpadła Ci ostatnio w ręce jakaś polska płyta, która zbiła Cię z nóg?

Ostatnio jestem zachwycona Fismollem, kocham jego muzykę. Prócz niego, uwielbiam Natalię Przybysz i jej projekt „Kozmic Blues”. Rita Pax to szał. Siostry niezmiennie podbijają moje serce.

A jak to jest z muzyką zagraniczną?

Niezmiennie od lat uwielbiam Radiohead. Jest to muzyka, której mogę słuchać zawsze i wszędzie. Kocham ten ich „efekt płynięcia”, taki drive i przestrzeń.

Mówiłaś, że muzyka soulowa nie za bardzo do Ciebie przemawia. Jakiej muzyki słucha Monika Borzym, poza jazzem i wcześniej wymienionych artystów i projektów?

Słucham dużo innej muzyki. Wychowałam się na muzyce poważnej i wciąż jest mi ona bardzo bliska, lubię muzykę instrumentalną, np. Roberta Glaspera, Aarona Parksa. Bardzo lubię Feist, Fione Apple, Gregory Portera… Długo by wymieniać. Nie zamykam się jedynie w muzyce jazzowej – to na pewno.

Kilka dni temu odbyła się premiera klipu do singla promującego twoją drugą płytę. Gdzie był nagrywany? Powiedz o nim trochę więcej.

Nagrywany był Warszawie. Mamy w nim znakomitą obsadę, m.in. Paweł Wilczak, Daniel Dziorek, Orina Krajewska oraz Ela Jarosik. Ja osobiście występuję w nim raczej epizodycznie- podaję kawę. Nie chciałam klipu, w którym występuje głównie ja i wykonuje historię z cyklu mini playback show. Jest za to bardzo fimowo.

A co z koncertami? Będzie jakaś większa trasa?

Pracujemy nad tym. Tak naprawdę koncertowo zaczynamy działać w grudniu, ale nie potrwa to długo, przynajmniej jeżeli chodzi o Europę, bo chcę na zimę uciec do Los Angeles i skupić się na koncertach tam. Wrócę jak pogoda zrobi się nieco bardziej przystępna, czyli pewnie w marcu. Wtedy ciąg dalszy.