Przyznam szczerze: nigdy nie skakałem ze spadochronu. Więc to, że czułem tremę przed tym pierwszym razem, wydawało się naturalne. Pilot, nieco przestarzałego samolotu, którym leciałem mówił to samo. „Po trzech sekundach ciągniesz pan za sznurek, ot cała filozofia“ – tłumaczył.

Podobno pierwszego skoku ze spadochronu się nie pamięta. Obciążenie dla oszołomionego organizmu jest tak ogromne, że traci się przytomność.

Długo czekałem na swoją kolej. A gdy otworzył się właz, w dół nie patrzyłem. Jest jeden sposób, żeby nie postradać zmysłów w takich momentach – choćby na chwilę je wyłączyć. Zamknąć się na dopływ bodźców zewnętrznych. To łatwe nie było. Walił we mnie bowiem snop powietrza z siłą tak wielką, że z trudem utrzymywałem się na nogach. W oczach miałem łzy. A przeraźliwy świst w bębenkach testował granice percepcji ludzkiego (w tym wypadku mojego) ucha.

Żadnym testerem być nie chciałem. Ja – prosty redaktor muzyczny, bez wykształcenia, nadmiernych aspiracji, bezkonfliktowy i niepalący, nie byłem gotowy do przyjmowania tak wielkich wstrząsów. Przecież pragnąłem jedynie zobaczyć kilka z największych nazwisk jazzu na największym tego typu festiwalu w Europie…

Skoku rzeczywiście się nie pamięta. Nim powyższe rozważania dobiegły końca, już byłem na dole.

Wylądowałem szczęśliwie. No prawie, bo musiała mnie ściągać z jednego z rotterdamskich drzew (naprawdę nie ma ich tu dużo, ja to mam szczęście!) policja w zespół ze strażą pożarną. Trwało to dwie godziny, więc zdążyłem zgłodnieć.

Podróż do Rotterdamu okazała się więc nadzwyczaj wyczerpująca.

Od dzisiaj do niedzieli dzień w dzień będę odsłaniał kolejne karty mojej rotterdamskiej eskapady. Bądźcie czujni!