“Ludzie nieustannie pytają, jaką muzykę wykonuję…” – wywiad z LP

Google z trudem odnajduje informacje na jej temat, od ubiegłego roku święci triumfy także w naszym kraju za sprawą płyty, a przede wszystkim piosenki „Lost On You”. LP, czyli Laura Pergolizzi pisze (nie tylko dla siebie), śpiewa, gwiżdże, gra na gitarze i ukulele. Dzień po akustycznym koncercie w Studiu Im. Agnieszki Osieckiej zgodziła się z nami porozmawiać.

Powiedziałaś, że album „Lost On You” jest „najbardziej Twój”, ponieważ wreszcie znalazłaś właściwą ekipę producentów. Trochę mnie to zdziwiło, ponieważ wydawało mi się, że pracując jako współautorka z innymi artystami, miałaś okazję spotkać i działać w gronie znakomitych producentów.

Chodzi o to, że wszyscy „wielcy” producenci, jak na przykład Rob Cavallo, zdobywca nagród Grammy, który produkując moją poprzednią płytę „Forever For Now”, zbytnio wygładził brzmienie. Taki jest po prostu jego styl. Nie neguję go. Biorąc jednak pod uwagę chociażby kwestie wokalne – traktuję swój głos jak bardzo delikatny instrument, który traci coś, gdy jest przeprodukowany, a z drugiej strony brzmi za mocno, gdy produkcja jest nie domaga. W związku z tym trudno jest wyważyć te proporcje podczas realizacji nagrań. Poza tym zdaje sobie sprawę, że mój głos trudno zaszufladkować w jakiejś konkretnej stylistyce muzycznej. Ludzie nieustannie pytają, jaką muzykę wykonuję, a mnie nie jest łatwo to określić. Dlatego cieszę się, że piosenka „Lost On You” się przebiła i dzięki temu słuchacze mogą lepiej zrozumieć, z czym mają do czynienia.

Wiem, że również wiele osób pyta Cię o sesje akustyczne. Przed naszym spotkaniem, przesłuchałem ich niezliczoną ilość. Inna ekspresja wokalna to jedno, ale też inne emocje, jakie Ci wtedy towarzyszą – tak jak podczas wczorajszego koncertu w „Trójce”

Zgadza się. Wiesz, to zabawne. Uwielbiam grać sesje akustyczne, a ludzie, którzy ich słuchają, mówią mi potem, że wolą mnie słuchać, gdy gram z zespołem. A gdy przychodzą na koncerty, gdy gram z całym bandem, to też chwalą, po czym stwierdzają, że jednak wolą wersje akustyczne (śmiech). Trudno im dogodzić. Dlatego żeby z zaspokoić swoje i ich potrzeby, gram w obu formach.

W większości Twoich piosenek także gwiżdżesz. Brzmi to w dodatku bardzo czysto. Ćwiczysz gwizdanie w jakiś sposób?

Nie ćwiczę jakoś specjalnie gwizdania, ale ponieważ robię to przez cały czas, to brzmi ono tak dobrze. To bardzo naturalne ćwiczenie. Zupełnie tego nie kontroluję (śmiech). Natomiast od kiedy zaczęłam nagrywać swoje gwizdy, stałam się lepszym gwizdaczem (śmiech). Wcześniej gwizdałam przyzwoicie, natomiast z racji sporej ilości koncertów, musiałam także poprawić swoje umiejętności pod tym względem.

A czy możesz zdradzić, co było powodem tego, że przez dwa lata nie napisałaś żadnej własnej piosenki?

Musisz wiedzieć, że przez trzy lata byłam związana kontraktem z dużą wytwórnią i jednocześnie byłam uzależniona od jej systemu pracy. Przez ten okres nie wydałam płyty, a napisałam 140 piosenek! Sądziłam jednak, że wystarczy mi pisanie dla innych i w tamtym czasie nie myślałam w ogóle o tym, by nagrywać coś pod własnym szyldem.

Mogłaś je wydać samodzielnie albo wrzucić do Internetu.

Mogłam, natomiast moja muzyka jest moją walutą. Potrzebuje mieć nad nimi kontrolę, bo nie wiadomo, co się może wydarzyć i gdzie mogą trafić. Mnóstwo artystów nie nagrywa piosenek, ponieważ gdzieś już podobne słyszeli. A skoro muzyka jest moim kapitałem, więc chce mieć kontrolę nad nią.

Znamy Twoje muzyczne inspiracje i historię z Twoim graniem na ukulele. A czy masz ulubionych artystów grających na tym instrumencie? Eddie Vedder nagrał swego czasu cały album na ukulele.

Uwielbiam tę płytę! Nie mam ulubionego artysty, grającego wyłącznie na ukulele. Sam Cooke nagrał sporo utworów na ukulele. Właściwie każdą piosenkę da się przerobić w ten sposób i to jest świetne.

Współpracowałaś m.in. z Lindą Perry. Dawała Ci jakieś rady dotyczące pisania muzyki?

Linda dawała mi tylko rady dotyczące wyrywania dziewczyn (śmiech). Żartuję. Nie, nie dawała mi żadnych rad dotyczących pisania. To zajebista osoba i absolutny tyran w studiu. Wymaga sporo, ale daje to ogromne rezultaty. To Linda zainspirowała mnie do tego, by tworzyć coś swojego i dla siebie.

Chciałem Cię zapytać o piosenkę “Muddy Waters”. Wiem, że nagraliście ją Josh Recordem w Londynie, ale jestem ciekaw, czy bluesman Muddy Waters ma z nią coś wspólnego?

Lubię zabawy słowne. Kolekcjonuję tytuły i różne wyrażenia. Pomyślałam sobie, że zatytułuję piosenkę “Muddy Waters”, która w ogóle nie będzie o Muddym Watersie (śmiech). Pamiętam, jak ktoś mi powiedział: „O, czyli postanowiłaś także pisać piosenki, które trudno wygooglować” (śmiech).

Czemu jeszcze raz nagrałaś “Into The Wild” na “Lost On You”? Ten utwór znalazł się przecież wcześniej na płycie “Forever For Now”.

“Into The Wild” zarejestrowałam po raz pierwszy w 2012 roku. A nagrałam tę piosenkę jeszcze raz na „Lost On You”, ponieważ mam wrażenie, że w Europie nikt jej nie słyszał. „Forever For Now” nie ukazało się tu w szerokiej dystrybucji, więc chciałam to jakoś nadrobić. A ta piosenka zasługuje na to, by ją grać i puszczać ludziom, dlatego postanowiłam ją przypomnieć. Zresztą nowa wersja jest dużo lepsza od poprzedniej. Wyprodukowanie pierwszej kosztowało prawie 250 tysięcy dolarów (śmiech). W ogóle cała płyta „Forever For Now” była nagrywana tak jak nagrywało się płyty 20 lat temu z ogromnym budżetem i z setkami ścieżek w studiu, z których każda była rejestrowana osobno. Koszmarna robota! Jedyne czego nie zrobiliśmy, to nie nagraliśmy jej na taśmę, tylko na komputer.  

Rosyjska ekipa Swanky Tunes & Going Deeper zrobiła remiks “Lost On You”. Poprosiłaś ich o zremiksowanie “Other People”, czy zrobili to z własnej woli?

To oni zapytali, czy mogą go zrobić. Oczywiście zgodziłam się, bo bardzo podoba mi się to, co zrobili z „Lost On You”.

Co dalej? Kolejny album?

Tak, jak najbardziej. Jest już zresztą prawie gotowy. Pojawi się w maju.

Masz już tytuł?

Jeszcze nie (śmiech).

Dziękuję bardzo za rozmowę i do zobaczenia na koncertach

Dzięki bardzo!