Mówi się o nim, że gra na trąbce jakby to nie była trąbka. Coś w tym jest. Jego nieortodoksyjne podejście do gry przywodzi na myśl największych jazzowych mistrzów. Repertuar tonów, które wydobywa z instrumentu jest tak szeroki, że w kuluarach szepcze się, że to człowiek-kameleon. Specjalnie dla jazzsoul.pl, laureat najbardziej prestiżowych konkursów jazzowych na świecie, Ambrose Akinmusire opowiada o swojej drugiej płycie nagranej dla Blue Note Records.

Po nagraniu ostatniej płyty „When Heart Emerges Glistening” chwaliłeś się, że masz zespół, w którym wszyscy rozumieją się bez słów. Czy coś się zmieniło przy „The Imagined Savior Is Far Easier to Paint”?

Nic! Jestem bardzo szczęśliwy, że współpracuję z tak oddanymi zespołowi muzykami. Czujemy się naturalnie ze sobą, lubimy spędzać ze sobą czas. Jedyna różnica polega na tym, że tym razem był nas o wiele więcej. Nagrywaliśmy przecież z kwartetem smyczkowym, kilkoma wokalistami, gitarzystą.

Jak doszło do poszerzenia zespołu? Czy wybrałeś muzyków, z którymi zawsze chciałeś grać, czy rzecz odbyła się w inny, może bardziej przypadkowy sposób?

Zupełnie szczerze – to wszystko artyści, których po prostu uwielbiam. Każdy z nich kreuje swój unikalny muzyczny świat. To wspaniałe osobowości. Mam na myśli wokalistów Theo Bleckmann, Becca Stevens, Cold Speck. Z gitarzystą Charlesem Alturą chodziliśmy razem do szkoły średniej, więc znamy się szmat czasu i rozumiemy w mig.

Mówisz o dobrej chemii w zespole, coś jednak sprawiło, że z bandu odszedł Gerald Clayton. Na nowej płycie gra Sam Harris.

Gerald to fenomenalny pianista. Niezwykle wrażliwy muzyk. Dalej się przyjaźnimy, zresztą marzę o tym, żeby nim jeszcze coś nagrać. Może jakaś płyta w duecie? Jeśli pytasz o powody rozstania, to po prostu poczułem, że mój band zmierza trochę w innym kierunku i że nasze drogi dosyć naturalnie się rozchodzą. A Sam ma ostatnio niesłychane wzięcie. Kiedy pojawiła się możliwość zaproszenia go do mojego zespołu, natychmiast z niej skorzystałem.

Nie wiem czy się zgodzisz, ale nowa płyta brzmi zupełnie inaczej niż poprzednia. Bardziej nastrojowo, kontemplacyjnie.

Szczerze – mam nadzieję, że to brzmi inaczej (śmiech). Zwróć uwagę, że poprzedni materiał nagrywaliśmy cztery lata temu, to kawał czasu. Teraz mam 31 lat, wtedy miałem 27. Wszyscy dojrzeliśmy jako muzycy. Z drugiej strony, chciałbym żeby pewne nasze charakterystyczne elementy pozostały wspólne. Popatrz na skład zespołu. Trzon pozostaje ten: Harish Raghavan na basie, Justin Brown perkusja, Walter Smith III na tenorze. Reszta muzyków, o których mówiłem wcześniej tworzy ogromnie istotną warstwę dekoracyjną. To oni w dużej mierze odpowiadają za nastrój płyty, o którym wspomniałeś.

Zdaje się, że nie akceptujesz krótkich tytułów płyt. Jest w tym jakaś przesłanie?

Tytuł nagrania jest dla mnie dosyć szczególny, ale nie oczekuj, że wyjaśnię Ci dokładnie na czym polega jego sens (śmiech). Nie chcę żeby ludzie interpretowali go w ścisły, przeze mnie założony sposób. Wiesz, jeśli powiem, że album jest przykładowo o wybuchu wulkanu, wszyscy zaraz będą myśleć, że jest o wybuchu wulkanu. Ogólnie myślę, że przesłanie i opowieść są niezwykle ważne w naszej pracy. Bo jeśli nie, to dlaczego w ogóle gramy? Każda kompozycja ma swoją historię, charakter, narrację. Wszystkie te utwory, oprócz tego który napisała Becca, powstały w podobnym okresie. Myślę, że to najlepsza z możliwych dokumentacji rzeczy, które wydarzyły się wokół mnie, a także wewnątrz mnie w tym czasie.

Terence Blanchard, z którym miałeś okazję współpracować, powiedział że grasz na trąbce jakby to nie była trąbka.

(śmiech). Kompletnie nie wiem co mam na to powiedzieć. Chyba tylko, że nie myślę o swojej grze w ten sposób. W pewnym sensie w ogóle nie myślę o tym jak gram. Wiem, że nie gram jak typowy trębacz. Ale nie gram również jak Ambrose Akinmusire. Gram jak coś lepszego niż ja sam. Wierzę w siłę wyższą – wyższy stan świadomości. Myślę, że wielkich artystów takich jak Wayne Shorter, Joni Mitchell czy John Coltrane cechuje umiejętność wdarcia się na te wyżyny i trwania tam naprawdę długo.

Jaka jest więc Twoja metoda na doskonalenie stanu umysłu? Medytacja, a może środki halucynogenne?

(śmiech) Nic z tych rzeczy. Mówiąc szczerze – jeszcze tam w pełni nie dotarłem. Część zabawy polega na tym właśnie, że zawsze za tym podążasz. Może to zabrzmi nieco banalnie, ale chodzi o to żeby być w zgodzie ze sobą. To ogromna praca, widzieć siebie takim jakim się jest.

No właśnie. Często podkreślasz, że najważniejszą jakością artysty jest autentyczność. Jak to rozumiesz?

Autentyzm jest szalenie ryzykowny. Nie możesz być autentyczny kiedy pokazujesz jedynie swoje mocne strony. Zauważ, że żyjemy w społeczeństwie, w którym coraz trudniej pokazywać jest swoje niedoskonałości. Na portale społecznościowe wszyscy wrzucają tylko swoje najlepsze zdjęcia z podpisem „Today I’m feeling great”. To buduje nieprawdziwy obraz danej osoby. Bo co ze wszystkimi innymi dniami: tymi, którymi czujemy się fatalnie, tak że chce się skoczyć z mostu. Ale podobny mechanizm działa również w drugą stronę. Nie będziesz autentyczny kiedy skupisz się jedynie na tym co w tobie negatywne. Trzeba szczerze walnąć: „Jestem jaki jestem. Kochaj mnie lub nienawidź, ale wiedz że staram się być coraz lepszy”. Myślę, że to czyni artystę autentycznym.

Powiedziałeś też kiedyś, że chcesz zmienić muzykę.

Hmm. Chyba nie chodzi o to że chcę ja zmienić, ale chcę być częścią wielkiej zmiany, która się dokonuje na naszych oczach. Chciałbym być jednym z tych, którzy sprawiają że muzyka się rozwija. Postrzegam muzykę jako coś co płynie z niesłychaną prędkością do przodu. Zabierając ze sobą, niczym rzeka, wszystko co znajdzie się w jej zasięgu. Muzyka zbiera wpływy z całego świata. By na koniec – wszystko stało się wszystkim. To tak jak z rasą. Kiedyś zniknie taka kategoria. Wszystko się wymiesza samoistnie, to tylko kwestia czasu. Może 400 lat, może odrobinę więcej, ale nie będzie już oddzielnych gatunków muzycznych. Jazzu, hip-hopu, rocka. Będzie po prostu muzyka.

Przyszłość zapowiada się więc ekscytująco. Masz już może jakieś plany?

„Imagined Savior is Far Easier to Paint” to tylko jedna stacja w dalekiej drodze. Mam mnóstwo pomysłów, które chcę zrealizować. Chcę grać z jak największą liczbą kreatywnych muzyków na całym świecie. Duetach, triach, wszystko jedno. Może nawet kiedyś napiszę symfonię. A tymczasem nie mogę doczekać się występu w Twoim kraju na początku kwietnia!

Odsłuchaj najnowszej płyty: