Było już tak dobrze. Zbigniew Wodecki powrócił w zupełnie innym stylu. Przygoda z Mitch & Mitch Orchestra rozpoczęła zupełnie nowy rozdział w Jego karierze. Tyle planów, tyle muzyki, zapowiedziana trasa koncertowa… nagle czerń, pustka i szok. Nie pytajmy dlaczego bo wiadomo, że to totalna otchłań. Stało się. Nie będę się rozpisywać jaki to genialny wokalista, kompozytor, skrzypek, osobowość… rzecz oczywista. Minął rok. Przez ten czas grupa przyjaciół wraz z najwierniejszą fanką, czyli córką Kasią Wodecka-Stubbs na czele stworzyli album-pomnik, który trafi do wielu, którzy na co dzień Wodeckiego nie słuchali.

Album sygnowany jest jako Zbigniew Wodecki, ale według mnie powinno być: Przyjaciele i Zbigniew Wodecki.

Większość materiału to jednak nie On a Oni: Kayah, Andrzej Lampert, Beata Przybytek, Sławek Uniatowski, Kuba Badach, Junior Robinson. Fenomenalnie (!!!) wyprodukowana płyta przez Rafała Stępienia nadaje niby nowy, a jednak dobrze nam znany charakter artysty.

wodecki-dobrze-ze-jestes-b-iext52881401

Zacznijmy jednak od tego, że są to utwory nad którymi pracował, a nie zdążył dokończyć. Jakież to wspaniałe stać się częścią tego tworzenia. Jest kilka utworów gdzie Wodecki po prostu scatuje. Nagrał bowiem tylko linię melodyczną, pod którą tekściarze mieliby następnie dopisać słowa. Każdy pewnie natrafił już na piosenkę „Chwytaj dzień” w duecie z Kayah, gdzie mamy połączenie dopisanego przez Jacka Cygana tekstu i jakże urokliwe scatowanie. Jest to o tyle fascynujące, że nie jest to wytwór ćwiczeń i przemyślanych melodii, a czysto naturalne dźwięki. Pełna improwizacja z genialnego umysłu muzycznego twórcy. Tutaj już mi się nasuwają trochę niewygodne pytania. Czy te utwory brzmiałyby nadal tak wspaniale, gdyby zostały nagrane w całości z tekstem i bez udziału przyjaciół? Czy nadal byśmy się tak nimi zachwycali? Czy wszystkie aranżacje zostałyby zaakceptowane przez Wodeckiego? Pytania oczywiście retoryczne. Skupmy się więc na tym co jest, a jest niesamowicie. Kayah zrobiła tu taką robotę, że brawa powinny płynąć ze wszystkich stron. Dwa utwory z nią w roli głównej są kwintesencją emocji, idealnego profesjonalizmu i nie ma tu co dyskutować, ona jest pierwszą bohaterką tego albumu.

Zaraz za nią jest Andrzej Lampert. Ja nie wiem jak to jest, że ten najlepszy męski głos w naszym kraju (jestem świadomy tego co piszę) ciągle stoi w cieniu. Może nadal się rozgrzewa do tego, aby uderzyć i rozbić rynek muzyczny na małe kawałki swoim talentem. Czekam na to z rozpraszającą mnie niecierpliwością. Sławek Uniatowski, ten to dopiero zrobił tu zamieszanie. Jego barwa jest tak zjawiskowa, głęboka… pewnego razu miałem wrażenie, że śpiewa Zbigniew, a dopiero po chwili dotarło do mnie, że to przecież kawałek gdzie udziela się Uniatowski. Kompozycja „Nie ma jak Bacharach” jest jakoby stworzona ze wszystkich dotychczas znanych nam hitów Zbyszka. Do tego Bacharach w tekście. Jeśli ktoś tworzy evergreeny, to niech one brzmią tak jak ten. Oczko wyżej w tym moim plebiscycie stoi „Piosenka pierwszego olśnienia jazzem„,duet z Beatą Przybytek. Tyle tu dźwięków, tyle melodii przewijających się przez te kilka minut. Dwa pędzące wokalne rumaki, które dobiegają do mety jednocześnie.

Dawno nie słyszałem duetu tak dobrego, przenikliwego w prostych harmoniach, a jakże doskonale oddającego klimat utworu. Rzecz niezwykła. Także i solowy „Nad wszystko uśmiech twójBeaty jest osobliwy i misternie wykonany. Dwa anglojęzyczne utwory z udziałem Junior Robinsona wyłaniają się jakby z innej przestrzeni. Tak jakby nie do końca pasujące do całości, ale nadające kompilacji przygodny, interesujący rozdział. Nic jednak nie jest w stanie zdetronizować z podium dwóch numerów. „Chwytaj dzień” to bajkowa, lekka i bardzo amerykańska propozycja, triumfująca obecnie wszędzie. W radio, w telewizji, w internecie, w gazetach… wszędzie o niej głośno. Prawidłowo. Kompozycja jest magiczna. Tekst pozytywny, prosty no i te „tiubidibidaba” Wodeckiego. Strzał prosto w serca. Drugi z najlepszych to „Sobą być”. Najlepsze męskie wykonanie polskiej piosenki od lat. Andrzej jest magikiem, a jego wokal to istne czary. Czapki z głów, uszy na sztorc. Wróćmy jednak do Wodeckiego. Znajdziemy trzy utwory, które zdążył nagrać w całości sam. „Dobrze, że słońce” mogłoby spokojnie być utworem z repertuaru Sinatry, choć obawiam się, że nie zaśpiewałby tego lepiej. Delikatny, elegancki smooth jazz, który dotrze do mas. „Kod dostępu” to dość intrygujący przystanek na tym albumie. Nieco infantylny, opowiadający o tych nowych, nie do końca wspaniałych czasach. Pasujący klimatem lat 80 niż teraźniejszości. I znów nasuwa mi się pytanie, czy ten materiał dotarłby do mas gdyby Zbyszek żył? Z drugiej strony czy to ważne? Ten album jest nader wszystko doskonały w założeniu dokończenia nieukończonego dzieła. To ukłon i spełnienie talentu, który nieustannie się rozwijał. To dowód, że Dobrze, że jesteś brzmi tutaj najlepiej.

Ocena płyty: