Sophia Grand Club to projekt zupełnie wyjątkowy, stworzony przez rodowitych rzeszowian – rapera Bartka „Eskaubei” Skubisza oraz legendarnego kontrabasisty Vitolda Reka. Skład zespołu uzupełniają pianista Kuba Płużek, saksofonista Bartek Prucnal i perkusista Maksymilian Olszewski.

Niedawno ukazała się ich pierwsza płyta „4 a.m.”, będąca intrygującą i refleksyjną mieszanką, łączącą w sobie klimat Rzeszowa z jazz-rapem. O tym, jak postrzegają swoje miasto i co kryje się za warstwą muzyczną oraz tekstową „czwartej nad ranem” opowiedzieli mi główni sprawcy – Bartek i Vitek.

Mówicie, że nagranie, klimat i brzmienie tej płyty krąży wokół Rzeszowa. W ubiegłym roku rozmawiałem ze Sławkiem Grzymkiem, który powiedział, że typowy klimat tego miasta zanika. Jak to się zatem ma do waszej płyty?

VR: To było miasto robotnicze. Po tych 30 latach nastąpiło jednak wiele zmian. Sam wyjechałem z Rzeszowa w 1971 roku do Krakowa, do liceum muzycznego. Wówczas Rzeszów był miastem szarym, niezadbanym. Kulturalnie też nie działo się za dużo. Nie ma porównania z tym, co jest obecnie. Rzeszów zmienił się na plus, ale absolutnie nie zatracił charakteru, a wręcz go na nowo pozyskał. Ta kultura się tworzy w wielu miejscach. Upłynie jeszcze parę lat, kiedy powie się, że miasto jest przedsionkiem Krakowa.

BS: Miasto rozwija się dynamicznie. Mieszkam w Rzeszowie 36 lat i widzę to praktycznie na każdym kroku. Być może Rzeszów musi na nowo zdefiniować swój wymiar kulturalny, ale sądzę, że obecnie jest ku temu więcej przesłanek. Sporo ludzi miasto przyciąga. Nie wszyscy chcą się z niego wyjeżdżać. Obyłem kiedyś rozmowę z Jankiem Młynarskim, który powiedział, że nie wszyscy mogą wyjechać do Warszawy, bo zwyczajnie nie jest to wskazane. Na miejscy muszą pozostać ludzie, którzy tworzą ten lokalny klimat i kultywują go. A przykład Witolda pokazuje, że wyjeżdżając i osiedlając się w Niemczech, okazał się znakomitym ambasadorem Rzeszowa, wydając płyty takie jak „The Polish Folk Explosion”, gdzie pokazywał elementy folkloru Rzeszowszczyzny, jej kulturę i związek z tym miejscem. Można zatem wyjechać, a cały czas w środku być ze swoim miejscem urodzenia. Uważam, że zmiany w Rzeszowie idą w dobrym kierunku i zamierzam spędzić w nim kolejne lata. Natomiast jeśli chodzi o klimat płyty, to najlepiej (mam nadzieję) widać to w utworze „Niedziela. Noc. Miasto.”, w którym chciałem zawrzeć atmosferę miasta po weekendowych harcach, kiedy Rzeszów odpoczywa. Mnie on bardzo odpowiada. Wiele czasu spędziłem pracując w nocy w klubach jako dj i sporo się po nich poruszałem. Jedynym dniem po pracy była właśnie niedziela i wtedy udało mi się dostrzec to miasto od innej strony.

Znam częściową genezę nazwy zespołu. Chciałem się tylko upewnić w jednej kwestii: czy zespół zawiązał się w Grand Clubie w Rzeszowie?

BS: Nie (śmiech). Natomiast zdecydowanie wpływ na nazwę zespołu miało kilka wizyt moich i Witolda w różnych klubach i miejscach Rzeszowa, kiedy poznawaliśmy się bardziej osobiście, aniżeli muzycznie. Nawiązywaliśmy wówczas pewną nić porozumienia, która pozwoliła nam dojrzeć do takiej decyzji, żeby wspólnie zawiązać zespół. Sama nazwa była jego pomysłem.

VR: Szczerze mówiąc, nie pamiętam już jak na to wpadłem. Córki, moja i Bartka Prucnala mają ma na imię Sophia i Zofia. Tę nazwę wymyśliłem kiedyś dla składu, w którym grałem z dwoma muzykami z Paryża. Tamten zespół miał zaistnieć pod tą nazwą, ale po paru próbach nic się z tym nie wydarzyło dalej. Tamta formacja przestała istnieć, ale nazwa została.

BS: Nazwa jest trochę filmowa i trochę zagadkowa. Kojarzy się zdecydowanie z klimatem nocnym, aniżeli dziennym.

Witoldzie, jak to się stało, że po 27 latach ponownie postanowiłeś nagrywać z muzykami z Polski?

VR: Los tak zrządził się, że spotkaliśmy się z Bartkiem na jednym festiwalu, potem na drugim. Później się okazało, że mamy bardzo podobne horyzonty muzyczne. Obydwaj mamy także wielką admirację dla Tomasza Stańki, z którym pracowałem przez prawie 12 lat. Bartek też miał z nim do czynienia przy innych sytuacjach jako dziennikarz. Wiedział zatem co grałem w przeszłości i co gram obecnie. Poza tym usłyszałem go z kwartetem Tomka Nowaka i urzekły mnie jego teksty. Padło pytanie, czy chcemy coś razem zrobić, czy też nie. Byłem ciekawy, w którą stronę mogliśmy pójść razem. Wiedziałem, że kontrabas dobrze się łączy ze słowem mówionym. W Niemczech dosyć często gram solowo podczas wieczorów poetyckich. To było dla mnie punktem wyjścia do zaistnienia tego projektu, który następnie został bardzo konkretnie przez Bartka sfinalizowany. Zaproponował taki skład, który nagrał płytę. Od pierwszej próby zaczęliśmy tworzyć i coraz lepiej się poznawać, a w międzyczasie ściągnąłem Bartka i Tomka Nowaka do Darmstadt na festiwal Lema. Tam zagraliśmy po raz pierwszy.

BS: I ten festiwal przekonał mnie, że warto tę współpracę rozwijać.

Przechodząc do zawartości płyty – czy utwór „Zbigi” jest hołdem dla Zbigniewa Seiferta?

VR: Tak, to utwór, który napisałem w 1991 roku. Pojawił się już na kilku płytach. Dobre melodie zawsze przypominają inne, chociaż są samodzielnymi bytami.

Bartku, twój freestyle w „Toaście” nie tylko jeśli chodzi o styl, ale i o tematykę przypomina nieco Pezeta.

BS: To nie jest freestyle (śmiech). Ten tekst był napisany wcześniej. Kwestią ‚wolnego stylu’ było to, jak położę ten tekst w tym numerze, w jakim będzie tempie i jaki będzie miał timing. Improwizowaną częścią jest tu natomiast sama muzyka. Absolutnie nie inspirowałem się tu Pezetem. Dawno go zresztą nie słuchałem, a kiedyś częściej mi się to zdarzało. W tym utworze punktem wyjścia jest to, że toast, który wznoszę za konkretnych ludzi. Oddaje w ten sposób szacunek dla moich kolegów, którzy poświęcając swoje dzieciństwo i młodość, szlifowali swój warsztat oraz tym, którzy przez swoją wrażliwość nie potrafią tego artyzmu z siebie wydobyć i gdzieś się w tym duszą. Sam miewam podobne momenty i odczuwam podobnie, jak oni.

To, o czym mówisz, odnosi się też chyba do utworu „Nadwrażliwość”. Brakuje ci czasem energii do grania?

BS: Czasami pewne rzeczy przyjmuje zbyt osobiście. W obecnych czasach oprócz grania i tworzenia muzyki, musisz też robić mnóstwo rzeczy wokół. Dbanie o promocje, załatwianie koncertów… Często słyszę „nie”. To nie powinno zniechęcać, ale czasem ta wrażliwość jest tak wyostrzona, że dorabia się do tego dziwne teorie, które oczywiście z perspektywy czasu nie mają sensu. Natomiast kiedy nawarstwia się kilka takich ‚małych porażek’, to wtedy ujawnia się ten brak pary. W tym utworze chodzi o to, że jesteśmy ludźmi, którzy stale wyrzucają z siebie emocje, uzewnętrzniają się i poddają się pewnemu osądowi publiczności, co czyni nas bardziej podatnymi na różne bodźce.

Wydaje mi się, że w porównaniu z tym co robisz z kwartetem Tomka Nowaka, tu jest dużo gęściej i jest to projekt dużo bardziej złożony, bo masz dużo więcej przestrzeni, którą możesz zapełnić. Słuchając płyty, od razu wyobrażam sobie was na scenie. Są tu takie momenty, kiedy możesz zejść ze sceny, pójść do domu i wrócić za piętnaście minut i położyć kolejną zwrotkę.

BS: Masz absolutną rację! To jest bardzo dobre skojarzenie i tak zresztą było na dwóch pierwszych koncertach w Krakowie i w Rzeszowie. Nie nudziłem się jednak, ponieważ uwielbiam patrzeć, jak moi koledzy grają. To ma swoją wartość. Poza tym nie chciałem robić tutaj niczego podobnego do tego, co robimy z Tomkiem. Dlatego też tutaj położyliśmy nacisk na kompozycje Kuby Płużka, który jest bardzo twórczym człowiekiem. Podstawą tej „4 a.m.” są właśnie kompozycje Kuby i Witolda.

Będzie klip do któregoś z numerów?

BS: Jest plan, żeby zrobić jeszcze jeden klip, natomiast jak spojrzysz na czasy tych kompozycji, to większość ma ponad 6-7 minut. Okaże się z czasem, do którego utworu zrobimy klip. To jest dość świeży temat. Bardzo mi zależy na tym, aby przypomnieć Vitka. Ma ogromne zasługi dla muzyki jazzowej nie tylko w Polsce, ale i w Europie.