Wczorajszy wieczór bez wątpienia należał do grupy Bibobit i Cory Henry’ego. Klub Stodoła płonął dobrą energią, funkiem, jazzem, r&b, soulem… Można tak wymieniać i wymieniać.

Zacznijmy od początku… grupa Bibobit

Autorami projektu są Daniel Moszczyński i Bartek Pietsch – duet producencki, który inspiruje
 i jednoczy jazz, elektronikę oraz hip-hop. To zespół, którego 
nie da się̨ opisać́ jednym zdaniem, ponieważ świadomie przekracza granice gatunkowe. Jedno jest pewne, takiego zespołu na polskiej scenie muzycznej jeszcze nie było. Można ich porównywać, ale na pewno nie znajdziemy drugiego takiego. Daniel Moszczyński, raz wokalista, innym razem raper… Ja wolę wersję – wokalista. Cały zespół to wielka rodzina, która rozumie się bez słów, gestów. Wiedzą jak, i co robić – a robią to znakomicie!

Publiczność zgromadzona w klubie Stodoła mogła usłyszeć przekrojowo debiutancką płytę „Podróżnik”, support trwał zaledwie pół godziny – to zdecydowanie za krótko! Czekamy na kolejny koncert Bibobit, jednak już ich własny, pełnowymiarowy.

Przejdźmy do gwiazdy wieczoru – Cory Henry & The Funk Apostles.

To czego doświadczyliśmy to istna magia dźwięku. Tańcząca publiczność to rzadkość na koncertach, tutaj rzadkością byli stojący, i nic nie robiący ludzie. Cory ma ogromny dar dawania radości, nie tylko swoją muzyką ale całym sobą. Nie odbyłoby się to bez wspaniałego zespołu The Funk Apostles oraz znakomitego, dwuosobowemu chórkowi. To chyba dziewczyną należą się największe brawa, bo takiej mocy nie czułem dawno!

Był to jeden z koncertów, na którym nie miałem wrażenia tracenia czasu. Wszystko co wydostawało się ze sceny, wchodziło we mnie, napawając mnie tym co najlepsze – szczęściem! Na pewno jeśli Cory przyjedzie ponownie do naszego kraju, nie odmówię sobie kolejnej dawki!