Toni Braxton ostatnio nie wiodło się dobrze. W 2013 roku ogłosiła wypalenie zawodowe, totalną czarną dziurę, która skłoniła ją do zaprzestania eksploatacji swojego talentu. Świat muzyczny zadrżał, w końcu jak to mogło się przydarzyć ośmiokrotnej laureatce Grammy, mającej na koncie ponad 66 milionów sprzedanych płyt. Problemy zdrowotne, katastrofa finansowa. Takie powody miały nam wystarczyć. Na ratunek przyszedł Babyface, który zaprosił wokalistkę do projektu „Love Marriage & Divorce”. Album okazał się komercyjnym sukcesem, duet zdobywał same gloryfikacje, a Toni wydawało się, że nabiera ponownej ochoty na muzykę. Niestety nie była to dobrze wykorzystana chwila. Bardziej pochłonął ją telewizyjny reality show z udziałem sióstr, który z muzyką nie miał za dużo wspólnego. Rodzina Braxton popełniła następnie bożonarodzeniowy album… ale ten fakt przemilczę. Od trzech lat czekamy na drugi rozdział kolaboracji z Babyfacem, bezskutecznie.

Zdarzyła się natomiast rzecz wspaniała. Toni powraca z solowymi utworami. Zapowiada wydanie albumu. No i się zaczęło. Obudzili się wszyscy najmądrzejsi i najwierniejsi mówiąc, że wraca bo skończyły się pieniądze, że musi spłacić długi, że to, że tamto… czy aby na pewno dlatego?

Gdyby Pani Braxton wydała tę płytę dla pieniędzy to myślę, że zrobiła by to w inny sposób. Album Sex & Cigarettes jest w większości akustyczny, spokojny wręcz poetycki. A to nie służy dzisiejszym zasługom w sprzedaży muzyki. Już na ostatniej solowej płycie Pulse z 2010 roku (jak dla mnie fenomenalnej i zdecydowanie poszkodowanej, bo niedocenionej) dało się zauważyć, że więcej jest żywych instrumentów, więcej klasycznej gitary. Na wyczekiwanym obecnym albumie nie ma elementów akustycznych, one są motywem przewodnim. „Deadwood” będąc pierwszym singlem oswoił nas z tą zmianą w twórczości Toni. „Long as I live” było małą elektroniczną zmyłką, bo trzeci, najnowszy singiel promujący ten album jest kwintesencją tego co znajdziemy na Sex & Cigarette.

Utwór tytułowy to ballada opierająca się na delikatnym pianinie, gdzie ekspresja wokalna ubiera kompozycję w energię i wyrazistość. Tło smyczków uzupełnia barwy nie tylko w tym, ale i następnych pozycjach. „Sorry”, kolejna ballada pełna pretensji, które w drapieżnym głosie brzmią niczym grom. Pod piękną warstwą aranżacyjną znajdują się teksty opiewające w sprawozdania toksycznej miłości. Idealnym tego przykładem jest „My heart”. Anielska produkcja muzyczna z romantycznym gitarowym solo i sexownymi chórkami Colbie Caillat, ale wciąż z gorzkim przesłaniem. „Coping” to następny popis minimalistycznej formy, gdzie głos sympatyzuje z pianinem i delikatnym beatem. Tekst jak wcześniej, opowiada o złamanym sercu itd. itp. Warstwa tekstowa będąc najsłabszą częścią albumu zdecydowanie do mnie nie przemawia, bo tak naprawdę opowiada o tym, co tysiąc piosenek powstałych co godzinę na świecie.

Fatalna miłość, jej brak, zdrada, rozstania… Jednak fajnym jest to, że słuchając Toni Braxton (przynajmniej ja) potrafię odciąć się od warstwy lirycznej i chłonę tę jedyną w swoim rodzaju barwę głosu, tę zadziorną chrypę uruchamiającej się przy nadmiernej ekspresji i ten flow, który przewija się między dźwiękami. Klawym zwieńczeniem jest utwór „Missin’”. Aby nie było za gorzko i zbyt spokojnie mamy na koniec cięższy beat, szybszy puls, bardziej radiowy hit, którzy pobudzi nasze receptory. Ubolewam nad ilością piosenek. Rozumiem, że warto zawsze zostawić niedosyt aniżeli przesyt, ale osiem to dla mnie trochę mało, aby spełnić kryteria longplaya.

Mimo nadmiernego niedosytu w moim przeświadczeniu jest to smaczna płyta. Nie ma spektakularnych pozycji na miarę supersongów sprzed lat, ale myślę że właśnie taka była idea, nie robić kolejnej płyty by zaspokajać głód krytyków medialnych i karmić trendy wytwórni. Zrobić płytę w afekcie przeżyć, z aktualną gorączką tego co w środku. Dziś Toni Braxton może i nie spełnia kryteriów divy R&B, ale na pewno spełnia wytyczne dla artystki, która ma charakter i wyróżnia się spośród tłumu. Pani Braxton, prosimy więcej takich płyt.