Jeśli wkurzają was grane w kółko, identyczne playlisty komercyjnych rozgłośni radiowych, to na pewno Magdalena Czwojda będzie dobrym lekarstwem na stres. „W zależności…” to pierwszy solowy album pochodzącej z Wrocławia, jedynej w Polsce gitarzystki grającej na gitarze akustycznej i elektrycznej repertuar od jazzu do rocka.

We współczesnej muzyce coraz trudniej określić granice, dzielące jeden styl, gatunek od drugiego. Coraz częściej mamy do czynienia z różnego rodzaju hybrydami stylistycznymi. Taka też jest muzyka Magdaleny Czwojdy. Nawet ciężki w swej naturze rock, dzięki wprawnej ręce gitarzystki, staje się niezwykle nastrojowy.

czwojda w zaleznosci cover

Płytę otwiera minutowy „Przedtrack” – krótka opowiastka autorki, tłumaczącej zawartość wydawnictwa. O nagranej płycie gitarzystka mówi, że jest taka, jak ona sama. „W Zależności…” proponuje muzykę właśnie w zależności od posiadanego nastroju czy sprzyjających okoliczności. Trzeba przyznać, że takie słowne wprowadzenia – a jest ich na płycie więcej – budują intymną atmosferę między słuchaczem a samą artystką.

Jeżeli miałbym doszukiwać się podobieństw, to w Polsce zbliżoną, utrzymaną nieco w jazz-rockowym klimacie muzykę, przed kilku laty prezentował Pat Metheny, choć na „W zależności…” mamy co najwyżej do czynienia z bladym odbiciem tego stylu. Po prostu gdzieś w powietrzu wisi to samo, co pewnie wynika z tych samych inspiracji.

Nastrojowe, jazzujące kompozycje są dla Magdaleny Czwojdy jedynie pretekstem do zaprezentowania swoich (i zaproszonych do sesji muzyków) umiejętności. A te są niemałe. Ogromnym atutem artystki jest różnorodność technik gry na gitarze. Doskonale radzi sobie z precyzyjnymi, jazzowymi partiami w stylu Steva Gadda, ale równie znakomicie sprawdza się w tradycyjnej rockowej formie. Jej niezwykły kunszt sprawia, że nawet chwilami nie najwyższej próby produkcja nagrań, daje się przełknąć bez bólu.

Dużo tu improwizacji. Magdalena Czwojda pogrywa na gitarze gdzieś na pograniczu jazzu i free. Niestety, dąży do upraszczania swoich kompozycji, zwłaszcza jeśli chodzi o ich budowę. Pewnie chodziło o stworzenie nagrań w tzw. „dobrym radiowym czasie”. Artystka znacznie lepiej czuje się w długich, wielowątkowych utworach, w których zaprezentowała cały kunszt w doborze odpowiednich środków wyrazu. Jak na przykład w sześciominutowym „Włoskim winie”.

Całość brzmi bardzo spójnie i rzeczywiście wciąga. Aczkolwiek czegoś mi tu brakuje. Za bardzo jest to wygładzone i „ładne”. To wysmakowana, jazzowata muzyka o bardzo wysokim IQ. Więc wiadomo, że nie do każdego trafi. Ale ci, co się załapią, przeżyją przygodę wzbogacającą wrażliwość i futrującą zmysły.

Ocena płyty: