Tegoroczna edycja festiwalu World Wide Warsaw rozpędziła się na dobre. Po niezłym koncercie King Krule’a, przyszedł czas na Kelelę – wchodzącą gwiazdę amerykańskiego r&b.

We wtorkowy mroźny wieczór w Teatrze WARSawy zebrali się fani zmysłowej i podsyconej erotyzmem twórczości artystki. Mniej więcej tuż po 21:00 wokalistka weszła na scenę w towarzystwie dwóch chórzystek oraz dj-a. Wszyscy byli ubrani na biało, co było dobrym kontrastem dla niebiesko-czerwonych świateł, które dominowały podczas występu. Wprowadzające w całość „Let Me Know”, „Send Me Out” z nieco przesadnie wysokim soundem stopy z laptopa i dziwnie rozmiękczony „Blue Light”, stanowiły ‚badanie terenu’. Sama wokalistka też wykonywała raczej nieśmiałe ruchy – tak jakby chciała sprawdzić, na co może sobie pozwolić . Dopiero od „Go All Night” i powitaniu publiczności, zaczął się tworzyć klimat, który z każdym kolejnym numerem oddziaływał coraz bardziej.

Kapitalnie wypadły zmysłowy „Better”, powolnie bujający „A Message” oraz emocjonalny „Take Me Apart”.  Najlepiej w tej części wypadło „Waitin”, które stanowiło pełnię możliwości w tym muzycznym anturażu. Im bliżej końca, tym zaczęło być coraz bardziej skocznie, począwszy od mrocznego „Gomenasai”, jeszcze bardziej podbitego „Enemy” oraz marszowego „Bank Head„. Z kolei pląsający „Truth Or Dare”, osobisty „Bluff” (Kelela stwierdziła, że zawsze płacze podczas wykonywania tego numeru) oraz kojąca „Altadena”, dopełniły zasadniczej części setu. Na bis zaś usłyszeliśmy przejmujący „Turn To Dust” i pulsujący „Rewind”.  To była Kelela w pigułce – dosłownie, bo dźwięki były minimalistyczne, a i playback się zdarzył momentami.

Wokalistka zaprezentowała przekrojową mieszankę swojej twórczości. Zastanawiam się jednak, jak mogła pominąć w setliście chociażby „Frontline” i „Enough”, które są przecież świetnymi kawałkami.

Koncert udany, choć pozostawił pewien niedosyt.