Yannick Bovy wydał swój trzeci album studyjny, zatytułowany „Love Swings”. Belgijski wokalista znów zabiera słuchaczy do swojego świata pełnego miłości i swingu.

W rozmowie z Sergiuszem Królakiem opowiedział o pracy nad płytą, o duecie z Mattem Duskiem oraz ślubie, który bierze już w tym roku.

Zapraszamy do lektury wywiadu!

Yannick Bovy fot. Sergiusz Krolak

Przyleciałeś do Polski z nowym, trzecim albumem pt. „Love Swings”. Co prezentujesz fanom tym razem? O czym jest ta płyta?

Yannick Bovy: Ten album jest przede wszystkim o mnie. Przedstawiam nim wszystko, co działo się w moim życiu w ostatnich latach, a także wszystko to, co związane z moimi planami na przyszłość. To płyta o miłości, nostalgii. Jestem melancholikiem, lubię patrzeć w tył i przypominać sobie te wszystkie zabawne rzeczy, które już za mną, by doświadczyć ich na nowo, tu i teraz. Jestem bardzo zadowolony z rezultatów, chcieliśmy nagrać coś świeżego, ale z zachowaniem tego jazzowo-soulowego brzmienia.

W przeciwieństwie do Twoich poprzednich płyt, na „Love Swings” mało jest „sztandarowych piosenek jazzowych”, takich jak „Fly Me to the Moon” czy „Cheek to Cheek”, które nagrałeś na poprzednie płyty.

Faktycznie, tym razem także wybrałem kilka klasycznych jazzowych przebojów, ale mniej oczywistych. Znajdziesz tu np. „It Ain’t the Meat (It’s the Motion)”, „Let There Be Love” czy „Everytime You Say Goodbye”. Zawsze sporym wyzwaniem jest znalezienie takich utworów, które nie były „coverowane” już z milion razy przez tysiące różnych artystów. Niektóre piosenki były wyzwaniem, bo chciałem, by opisywały mnie i moje życie. Tak jest np. z utworem „Makin’ Whoopee”, który opowiada o… robieniu dzieci i o tym wszystkim, co za tym idzie, czyli np. odpowiedzialności, dojrzałości. Umieszczenie tej piosenki na płycie było o tyle śmieszne, że w gronie moich najbliższych znajomych jestem jedynym, który jeszcze nie spłodził dziecka. (śmiech) Wszyscy moi kumple już doświadczają ojcostwa, mają dzieci, ich dotychczasowe życie się zmienia. Kiedy wykonuję tę piosenkę, dedykuję ją także im. Ale spójrz na tekst: „Kolejna panna młoda, kolejny czerwiec, kolejny słoneczny Miesiąc Miodowy”… A ja w czerwcu faktycznie żenię się, co jest zabawnym zbiegiem okoliczności. Reasumując: niektóre piosenki z „Love Swings” może nie są powszechnie znane, ale na pewno są takimi, które każdy powinien poznać.

Na albumie znajdziemy też singiel „Paper Plane”. O co chodziło Ci w tym utworze?

Ten utwór napisali specjalnie dla mnie niemieccy autorzy, Friedhelm Ibrügger i Frank Böhle. Wcześniej wydawałem już płyty w Niemczech. Gdy szykowałem się do nagrywania „Love Swings”, ludzie z niemieckiej wytwórni pomyśleli, że ciekawie byłoby, gdybym chciał nagrać coś crossoverowo-popowego, ale w języku niemieckim. Początkowo miałem pewne obawy, ale później stwierdziłem, że w sumie będzie śmiesznie. Polubiłem tę piosenkę, ale poprosiłem o angielski tekst. Tak powstała warstwa tekstowa, która jest świetną metaforą. Oczywiście, samoloty z papieru nie latają długo i dość szybko spadają, ale sam moment lotu jest fascynujący. O tym śpiewam w tym numerze – o przeżywianiu tego momentu wzniesienia, miłości. Mam nadzieję, że ludzie to polubią. Moi przyjaciele i fani mówią, że to bardzo budująca, pozytywna nuta.

W teledysku pojawia się Twoja narzeczona.

Tak, zaprosiłem ją na plan zdjęciowy, bo dzięki temu mogli w naturalny sposób pokazać miłość. W klipie można zobaczyć nasze zdjęcia z dzieciństwa. Sam plan zdjęciowy był dość długi i męczący, ale efekty są – mam nadzieję – satysfakcjonujące. To był słoneczny dzień, ale większość nagrań odbyła się w pomieszczeniu. Miałem na sobie z sześć lub siedem różnych stylizacji.

Yannick Bovy: utwór „Valentine” to prezent dla mojej narzeczonej

Co z kolejnym singlem?

Na następny singiel pewnie wybiorę jeden z klasycznych numerów, natomiast na przełomie maja i czerwca prawdopodobnie przylecę do Polski z Mattem Duskiem, z którym nagrałem duet „The Soul of Nat King Cole”. Piosenkę napisał słynny belgijski twórca Will Tura, najpierw w wersji belgijskiej, którą nagrałem na jego album. Chciałem jednak umieścić tę piosenkę także na swoim albumie, dlatego poprosiłem o anglojęzyczną wersję tekstu.

A dlaczego akurat Matt Dusk?

Poznaliśmy się już cztery lata temu podczas Sopot Top of the Top Festival 2013. Już wtedy rozmawialiśmy o współpracy. Gdy szykowałem się do nagrań „Love Swings”, powiedziałem mojemu menedżerowi, że świetnym pomysłem byłoby zaproszenie Matta do nagrania wspólnego utworu. Od razu przyjął moją propozycję, nagrał swoje partie wokalne w Kanadzie i przysłał mi je internetowo. Bardzo łatwo i płynnie mi się z nim pracowało. Muszę przyznać, że zaśpiewanie z nim było jednym z moich marzeń.

Gdybyś miał wybrać z tej płyty jej utwór, który szczególnie lubisz wykonywać na scenie lub studiu, to który był wytypował?

Chyba wskazałbym „Valentine”, bo napisałem tekst do tej piosenki, dzięki czemu wyraża dosłownie to, co czułem podczas pisania i co czuję teraz. To utwór dedykowany mojej narzeczonej, to mój prezent dla niej z okazji Dnia Zakochanych. To też piosenka, która odstaje nieco od pozostałych, bo nie jest ani jazzowa, ani swingowa, tylko ballada. Kocham śpiewać ballady, ten utwór interpretuję w wyjątkowy, najbardziej emocjonalny sposób.

Jak spędzicie walentynki?

Na pewno zjemy romantyczną kolację. Z racji tego, że teraz jestem w trasie promocyjnej i przez kilka dni nie było mnie w domu, ten dzień spędzimy razem w domu, nie będziemy wychodzić na miasto. Stephanie jest świetną kucharką, przez co muszę uważać, by nie przytyć na starość. (śmiech) Na pewno przygotuje coś smacznego, potem otworzymy butelkę wina i będziemy mogli się napić. Jej pozostanie woda, bo zdecydowała się na udział w corocznej akcji „Tournée Minérale”, która polega na namawianiu innych do abstynencji przez cały luty. Niestety, nie przekonała mnie, bym do niej dołączył, bo nie wyobrażam sobie nie korzystania z życia i nie celebrowania tej chwili, gdy mogę napić się lampki wina po całym dniu ciężkiej pracy. (śmiech)

Wspomniałeś, że w lipcu bierze ślub. Gratulacje!

Dziękuję! Tak, pobieramy się we Włoszech. Będzie z nami nasza najbliższa rodzina i przyjaciele, łącznie ponad 50 osób. Może nie będzie to impreza w wielkim gronie, ale na pewno będzie się dużo działo! Już teraz mamy wiele przygotowań, co jest męczące, ale i zabawne w tym samym czasie. Wiesz, musisz kilka razy tam polecieć, zobaczyć miejsce, spróbować potraw, skosztować wina, ogarnąć dekoracje, zapewnić każdemu nocleg… Dzieje się! (śmiech) W tym samym czasie ja mam dużo podróży zawodowych: promocje, występy w telewizji, koncerty nie tylko w Europie, ale też w Azji i Ameryce.

Jak narzeczona reaguje na fakt, że często nie ma Cię w domu?

Na początku trochę miała z tym problem. Pamiętam, że na początku naszego związku, jak byliśmy razem ze 2-3 miesiące, musiałem wylecieć na ponad tydzień do Indonezji, bo grałem tam na Java Jazz Festival i promowałem album „Better Man”. Stephanie bardzo przeżywa tę rozłąkę, tęskniliśmy za sobą i zastanawialiśmy się, czy takie długie rozstania będą dla nas codziennością. Ale kiedy mam tylko okazję, to z przyjemnością zabieram ją ze sobą w podróże. Tak było kolejnym razem, gdy dostałem zaproszenie do Indonezji. Mój menedżer powiedział, żebym wziął ze sobą Stephanie, a on zostanie w kraju, bo i tak nie jest mi tak szczególnie potrzebny. Bardzo jej się tam podobało. Cieszy mnie, że ona chce ze mną podróżować na koncerty, bo wielu moich znajomych mówi mi, że ich żony wolą zostawać w domu. Cieszy mnie, że jest otwarta na świat.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Wszystkiego najlepszego!

Dziękuję!