Sinne Eeg “Dreams”

Sinne Eeg to duńska wokalistka jazzowa, prawdopodobnie jedna z najbardziej znanych w całej Skandynawii. Jest ona ich dobrem narodowym, tak samo jak dla nas jest nim Aga Zaryan.

Oszałamiający aksamitny głos Sinne wplótł się w sam środek jazzowego nurtu, który porywa i zachwyca. Ostatnia płyta będąca kolaboracją z równie genialnym kontrabasistą Thomasem Fonnesbaekiem to bardzo odważna, skrajnie minimalistycznie nagrana płyta, gdzie jednocześnie nie ma miejsca na więcej niż tych dwoje. Jeśli nie słyszeliście to polecam, coś wspaniałego. Jazz improwizacyjny jest dla Sinne tym, w czym doskonale się odnalazła i sukcesywnie realizuje swoje potrzeby. Trwa to od 2014 roku, kiedy to powstała nieco cięższa od jej poprzednich dokonań płyta Face the music. Wcześniej przecież przyzwyczaiła nas do bardziej melodyjnych, doprawionych smooth jazzem utworów. Zresztą nie ma to znaczenia, bo i tam i tu całość smakuje doskonale. Tak też jest na tej najnowszej, Dreams. Większość materiału jest autorstwa wokalistki, znalazły się tu też dwa utwory Cole Portera.

Wszystko brzmi po prostu wspaniale!

Myli się ten kto uważa, że jest to solowa płyta znakomitej wokalistki. To płyta pięciorga perfekcyjnie dopasowanych osobowości, które scala jedno: jazz we krwi, który z serca wędruje do głowy. Sinne Egg, Joey Baron (perkusja), Scott Colley (bas), Jacob Christoffersen (piano) i Larry Koonse (gitary) są niczym jeden organizm. Najlepszym tego dowodem jest tytułowy utwór. To jedna wielka wokalno-instrumentalna improwizacja, gdzie nie ma dominującej jednej ścieżki. Wszyscy są równi i maja tyle samo do powiedzenia, aby zaintrygować słuchacza. To odczucie towarzyszy mi poprzez cały album. Utwory są pełne klasycznej gracji, wydaje się że garnitur jest jedynym słusznym przykładem aby zwizualizować sobie klimat jaki panuje na tym albumie.

Wszystkie 10 utworów połączone jest wspólną koncepcją aranżacyjną, którą stworzył cały band. Doszlifowali to porządnie, jak obrabia się solidny diament. Materiał jest lekki, jasny i pozytywny. Otwierający całość “Bitter end” gorycz ma tylko w tytule. Podróżując po następnych kompozycjach zdecydowanie nastawiamy się na dobry nastrój aniżeli zadumę. Wyjątkiem jest „Aleppo” będące ekstremum na krążku. Tak wrażliwego, dobitnego w przekazie i zdecydowanie krzyczącego tekstem utworu nie słyszałem dawano. Aleppo, wiadomo chodzi tutaj o sytuację związaną z wojną, bezbronnością, strachem i uchodźcami. Głównym bohaterem piosenki jest mały chłopiec, co potęguję stan napięcia. Jak dla mnie, to jest jedna z najlepszych kompozycji Sinne. Aksamitna alto-barwa brzmi zresztą pięknie w cięższych klimatach, a sama artystka już wykorzystała ten atut na płycie The beauty of sadness z 2010 roku. Była to moja ulubiona płyta Pani Eeg. Była, bo teraz mam dwie ulubione.

Dreams zapisze się w księgach europejskiego classic jazzu. Doskonale zinterpretowany, powstały nie dlatego, aby być kolejnym punktem w dyskografii piosenkarki. To album, który drzemał w twórcach i tylko czekał na moment aby się dokonać. A najpiękniejsze, że powstał dzięki słuchaczom. Pieniądze na wydanie projektu artyści zebrali w internecie. Z takim materiałem nie było to zresztą trudne. Tuż za rogiem, po drugiej stronie Bałtyku rodzą się takie oto jazzowe perły. Szczerze polecam!

Ocena płyty: