Seal “Standards”

Ten bardzo dobry brytyjski wokalista doczekał się własnego miejsca w lidze mistrzów, głównie z tego powodu, że jest przebojowym autorem, a jako artysta interpretujący piosenki innych wykonawców, wykazał dostateczną niezależność stylistyczną. Utożsamiony przez całe lata z soulowym graniem, mimo upływu czasu, stale obecny na estradzie, był w stanie utrzymać swoją pozycję. Nowy album – po dwóch latach milczenia – jest próbą rozszerzenia widowni, tym razem o fanów jazzowego brzmienia.

O dziwo, „Standards” to całkiem niezła płyta. Mój sceptycyzm wynikał stąd, że po pierwsze, jak dotąd nie przekonała mnie żadna płyta z coverowych płyt Seala – jego samego odbierałem bardziej jako sprawnego rzemieślnika niż kreatora klimatów, a po drugie, nigdy nie podniecały mnie płyty z przeróbkami i – poza nielicznymi wyjątkami – uważałem je za zawracanie głowy. A tutaj, proszę bardzo, Brytyjczyk wybrał kilka cudzych przebojów i podał je w zupełnie atrakcyjny sposób.

Seal Standards - album cover

Najnowsza kolekcja „Standardów” zbudowana jest wokół magicznego świata największych dzieł muzyki jazzowej. Z właściwym sobie wdziękiem Seal przenosi w dzisiejsze czasy szyk Las Vegas przełomu lat 60. i 70, gdzie uwielbiała koncertować nieformalna grupa artystów, zwanych potocznie Rat Pack, „paczka szczurów”. Grupie przewodził Frank Sinatra, a oprócz niego tworzyli ją najsławniejsi hollywoodzcy aktorzy, śpiewacy i reżyserzy.

Na album „Standards” utwory zostały tak wybrane, by stanowiły „komentarz do wigilijnej wieczerzy XXI wieku”. Lukrowany jazz cieszy się ogromną popularnością na całym świecie. Jest to bowiem najbardziej demokratyczna muzyka pod słońcem. Podoba się zarówno kwiaciarkom, fryzjerkom, biznesłumen i policjantkom, bo po prostu jest piękna. Pasuje do przystawek, zup owocowych, sufletów i deserów. Pasuje rano i wieczorem, podczas spotkań z ciocią i przelotnym kochankiem. Piosenki są w większości melodyjne i – z braku lepszego słowa – ładne. Ale przy tym ckliwe, rzewne i strasznie sentymentalne.

Utwory na “Standards” to głównie klasyki z repertuaru Franka Sinatry – „Luck Be A Lady”, „I’ve Got You Under My Skin” oraz „It Was A Very Good Year”. Pozostałą część repertuaru też nie powinna nikogo rozczarować: „I’m Beginning to See The LightElli Fitzgrerald czy „My Funny ValentineCheta Bakera. Niczego w sumie nie zabrakło, nawet wałkowanego ostatnio „I Put A Spell on YouNiny Simone. Ale należy się Sealowi wielki pokłon za „wygrzebanie” piosenki „Love For SaleCole’a Portera. Specjalne wydanie płyty uzupełniły, a jakże, dwa świąteczne klasyki: „Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!” i „The Christmas Song”.

Na nagraniach, dokonanych w legendarnym studio Capitol Records w Los Angeles, wokalistę wspomagają muzycy, którzy występowali u boku Franka Sinatry czy Elli Fitzgerald. Szkoda tylko, że producent – Nick Patrick (Tina Turner oraz Marvin Gaye), zogniskował aranżacje wokół swoich pompatycznych wizji przywrócenia klimatu Hoolywood, zamiast wyeksponować znakomity głos solisty. Wykonania są perfekcyjne, jednak wydaje się, że zabrakło minimum dystansu do materiału. Album brzmi momentami staroświecko. Doprawdy, czas już na album Seala z premierowymi utworami.

Seal odbył długą drogę od soulowych początków. „Standards” obrazuje stylistyczne niezdecydowanie piosenkarza. Ta melodyjna – i z braku lepszego słowa – ładna płyta, pozostawia uczucie niedosytu towarzyszące większości nagrań. Niedrażniący zestaw, który łatwo wchodzi do głowy i równie szybko z niej wychodzi. Dobre uzupełnienie dyskografii Seala, ale uczciwie trzeba przyznać, że większość utworów brzmi lepiej na albumach oryginalnych wykonawców. Lepiej więc zbierać te ostatnie.

Ocena płyty: