Boyz II Men “Under The Streetlight”

Pamiętacie zespół Boyz II Men? Wiem, marny żart. Prawie jak pytanie retoryczne. Jeden z najważniejszych męskich zespołów, który do dziś nie ma sobie równych. Nathan, Michael, Shawn oraz Wanya zapoczątkowali szał na boysbandy prezentujące sensualny soul pełen wzniosłych ballad i miłosnych songów. Od 2003 roku już jako trio, bez Michael’a nadal nagrywają, koncertują i ku udręczeniu konkurencji ciągle są w formie nie do przebicia. Kto nie zna „End of the road”, „I’ll make love to you”,  „Pass you by” czy „One sweet day” w duecie z Mariah Carey ten przespał ostatnie 25 lat w jaskini. Tak, to już cały kwartał stulecia Boyz II Men jest w grze. Jest jednak mała niespodzianka! Zapomnijcie jacy byli do tej pory! Na 25-lecie swojej działalności wydali płytę inną niż wszystkie dotychczasowe. Ale tak na serio, kompletnie inną! Na Under the Streetlight załapały się standardy amerykańskiej kultury, takie jak “Why Do Fools Fall in Love” (Frankie Lymon & The Teenagers), “Stay” (Maurice Williams & the Zodiacs) oraz “I Only Have Eyes for You” (The Flamingos). Jest też jedna oryginalna kompozycja własna “Ladies Man”. Na albumie sporo też gości. W „A sunday kind of love” zaśpiewał Brian McKnight, Amber Riley wtóruje w „Anyone who knows what love is”, a dziesięciokrotni zdobywcy Grammy Awards, Take 6 zabawili wokalnie w „A thousand miles away”. Wszystkie te utwory są zaaranżowane w stylu retro lat ’50-’60, gdzie twist i rock&roll królował w każdym dużym i małym miasteczku. Może i całość brzmi trochę infantylnie, ale nadal na najwyższym poziomie. Jest to hołd inspiracjom, które przedzierały się przez całe te 25 lat twórczości zespołu.

„Dorastanie z muzyką doo-wop zdecydowanie wpłynęło na brzmienie Boyz II Man. Under The Streetlight to projekt pełen pasji, który chcieliśmy zrealizować już od jakiegoś czasu. Chcieliśmy cofnąć się w czasie i pokazać skąd pochodzą nasze inspiracje i doświadczenia” powiedział dla jednego z wywiadów Shawn.

Trzeba nadmienić, że grupa ma na swoim koncie ponad 64 miliony (!!!) sprzedanych płyt i czterokrotnie zdobyte Grammy Awards. Stać ich zatem na fanaberie, którą niewątpliwie jest ten album. Zrobiony bardziej dla siebie niż dla fanów, gdyż nic nie wnosi do ich dotychczasowego dorobku. Jest bardziej ciekawostką i niespodziewaną atrakcją, niż płytą którą będzie się puszczać tygodniami. Szlachetne jest powracanie do korzeni, ale niekoniecznie aż tak daleko. Wokalnie jest to jak zwykle majstersztyk, do poziomu którego panowie nas już przyzwyczaili. Aranżacyjnie jest to odwzorowanie muzyki z czasów, które dziś nie mają za dużo szans przebicia. Chyba, że ma się starego Cadillaca, spodnie w kratę i słucha się muzyki z winyli (no dobra, akurat tutaj dziś by się zgadzało). Wielki plus za autorski „Ladies man”, który choć trochę jest bliższy naszym czasom. Album traktuję jako mały przerywnik pomiędzy „prawdziwymi” albumami. Ostatni „Collide” z 2014 roku jest bowiem prawdziwie godny uwagi. Czekam zatem na nowości, a nie fanaberie.

Ocena płyty: