Kuba Badach “Oldschool”

Dobrze, że w przerwach między pielęgnowaniem statusu najlepszego polskiego wokalisty znajduje czas na nagrywanie kolejnych płyt. Sława nie przewróciła mu w głowie i nadal pozostaje wierny upowszechnianej od początków kariery muzyce. Trochę Jamiroquaia, Toto, trochę Mietka Szcześniaka, ale przede wszystkim słychać tu idee fixe środowiska polskich muzyków studyjnych, które upodobało sobie właśnie ten styl z pogranicza jazzu, funku i piosenki festiwalowej.

Sądząc po tytule Kuba Badach już sam siebie zalicza do grona staromodnych dinozaurów. Autoironia byłaby wystarczającym powodem, by uznać, że artysta umysł ma ciągle świeży, ale i bez niej muzyka z „Oldschool” mogłaby się obronić. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś lubi archaiczne zespołowe granie, w którym najbardziej liczy się ładna melodia.

kuba badach oldschool

W twórczości Kuby Badacha można znaleźć odniesienia do muzyki takich legend, jak Quincy Jones, Burt Bacharach, Stevie Wonder, Donald Fagen. I dobrze, bo są to klasycy, którzy wytoczyli ścieżki nowoczesnego soulu. Opierając się na ich doświadczeniach, Kuba Badach prezentuje naprawdę coś ciekawego. Ale jego główną siłą nie są wyłącznie inspiracje, lecz feeling, którego tak brakuje w niektórych nowych produkcjach.

Na „OldschoolKuba Badach po raz kolejny kołyszące ballady gęsto przetkał melodyjnymi przebojami. Przewidywalność Badachowego grania jest właściwie… największym atutem wokalisty. Płyta rozpoczyna się utworem „Życie”, który dość szybko zawędrował na czołówki list przebojów (nie bez powodu) i zapewne nie będzie jedynym utworem z tego albumu, który pójdzie taką drogą. „Jestem kimś” zachwyca spokojem i po prostu ładną melodią. Są też kawałki, w których Badach zdradza ciągotki do elektronicznych harmonii rodem z lat 80. („Pusto”). Trafił się również utwór o cechach podejrzanie… dyskotekowych („Jestem kimś”). Na szczęście mocniejszy puls może oznaczać także całkiem pięknie napędzane dęciaki, takie co każą szybciej jechać samochodem („Wall of Kindness”).

Nie jest to przesłodzony pop dla nastolatków, lecz urokliwe piosenki z elementami jazzu, które rzeczywiście mogą zauroczyć masy. Wprawdzie, gdy słuchamy tego albumu, częściej przychodzi na myśl określenie rzetelny niż porywający, to jednak fani Kuby Badacha nie powinni czuć się zawiedzeni. Cała oprawa muzyczna jest bardzo umiejętnie dopasowana do jego aksamitnego, spokojnego głosu. Znajdzie się z pewnością wielu, którym głos Badacha jak balsam ugładzi dusze przed snem, a może wywoła rozmarzenie?

Z tego, co wyżej stoi napisane, wynika chyba jasno, że dinozaur z „Oldschool” jest wielokopytny. Kleją go tradycyjne brzmienia i solowe popisy Badacha. Ciągle są piękne – nawet jeżeli jego teraźniejsza twórczość nie wnosi wiele do historii muzyki, to na pewno wciąż może sprawiać radość i wzbudzać bardziej skomplikowane emocje.

Ocena płyty: