Kenny Lattimore “Vulnerable”

Pomału zbliżają się ponure, szare jesienne dni. Ta pora roku w naszym kraju nie rozpieszcza, ale są na szczęście wspomagacze, dzięki którym będzie przyjemniej i na pewno cieplej. Jednym z nich jest Vulnerable, najnowszy album doskonałego amerykańskiego artysty, którym jest Kenny Lattimore. Od jego solowego debiutu możemy już naliczyć prawie 20 lat. Co się zmieniło przez ten czas? W zasadzie chyba niewiele jeśli chodzi o muzykę. Siódme wydawnictwo ugruntowuje Kennego na pozycji lidera smooth soulu i r’n’b. Pierwsze płyty nie były należycie promowane przez wydawców, co skutkowało niezbyt szerokim spektrum popularności. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy Lattimore postanowił stać się niezależny i zrealizował plan swojej wytwórni SincereSoul. Tak oto pod własnymi skrzydłami fenomenalny wokalista, producent i kompozytor karmi nas porządnymi produkcjami.

Jakiś już czas panuje trend na retro smak muzyki lat ’80 i ’90. Vulnerable wpisuje się w oczekiwania rynku. Znaleźć tutaj można składniki wirujących syntetycznych dźwięków, ale co ważne, spełniają one rolę kosmetyczną. Całość zamknięta jest w klasycznym soft r’n’b. Nurt ten zawsze będzie miał poparcie słuchaczy, którzy swoje miłosne doświadczenia lokują w piosenkach. Album jest słodką kroplą w oceanie miłości, pełen sensualnych tekstów i wrażliwych melodii. Sam singiel zapowiadający tę płytę nakierowuje nas na właściwe tory. „Push” to opowieść o skrzywdzonym uczuciu. Sam artysta opowiada:

“To opowieść o mnie sprzed lat. Opuściłem Waszyngton w poszukiwaniu kariery, ale wiązało się to z porzuceniem ówczesnej dziewczyny. Po prawie 15 latach mam szansę opowiedzieć tę historię i powiedzieć przepraszam dziewczynie, którą skrzywdziłem. Jednocześnie chciałbym zaznaczyć wszystkim, że czasami trzeba odepchnąć miłość, która nie ma przyszłości i ciągnie nas w dół.”

Słodko gorzkich tekstów na albumie jest na szczęście mniej. Przeważają pozytywne wibracje i spełnione uczucia. Zresztą kwintesencją tego jest „More than life”, który zamyka dziesiątkę kompozycji na płycie. Energetyczny groove, harmonizujące chórki i zmysłowy głos Lattimore’a działa jak afrodyzjak. Tytułowy kawałek może nieźle namieszać na listach przebojów. Wyprodukowany trochę tendencyjnie, przypomina kilkanaście obecnych przebojów z Ed Sheeranem na czele, dzięki czemu bardzo szybko i łatwo wpada w ucho. Lattimore jest doskonały zarówno w barwie głosu, sposobie przekazywania emocji jak i pomysłach na aranżacje wokalne. Nie atakuje wszystkimi walorami naraz, a dozuje je w sposób wyważony i wręcz precyzyjny. Zdecydowanym konikiem Kennego są ballady. „Stay on my mind”, „Deserve” oraz „Falling for you” to bardzo mocne punkty Vulnerable. Proste w formie, budujące atencję i dozujące emocje. Obok nich znajdziecie bardziej bujające pozycje z „Perfection” i „Priceless” na czele, które wciągają i rozgrzewają klasycznym r’n’b. Fajnie, że płyta nie jest przesadzona, zaspokaja preferencje tych, którzy nie chcą radykalnych nowości, robionych niekiedy na siłę tylko po to, aby oderwać się od masowej całości. Kenny Lattimore nie zrobił płyty diametralnie innej od tego co już jest. Kontynuuje nurt, który ma swoich stałych odbiorców chcących jednocześnie dostawać kolejne porcje doznań. Niełatwo stworzyć produkcję, która pójdzie za trendami, ale nie zdominuje środka. Mnie ten album kupił. Jest zdecydowany, bardzo dobrze wyprodukowany, spójny i co istotne ma charakter. Jedyne co mnie odrobinę trąca to piosenka „One more night” z repertuaru Phila Collinsa. Niby ładne, fajnie zaśpiewana, ale nadal czuć że to cover. Pośród bardzo dobrych własnych kompozycji będących wizytówką Lattimore’a cover w mojej ocenie brzmi jak (dobrej marki) skuter obok Cadillaca. Subiektywnie mam do coverów dość krytyczne podejście, bo uważam, że artystę charakteryzuje nie kopiowanie a tworzenie. Całe szczęście tutaj mamy 9 wysokich pozycji twórczych zasłaniających ten jeden, więc przymykam ucho.

R&B jest obecnie jednym z najbardziej obleganych gatunków jeśli chodzi o nowości muzyczne. Coraz więcej artystów wychowanych w czarnych latach ’90 sięga właśnie po ten styl. Ta płyta może być zdecydowanie ich współczesną inspiracją. Lubicie Maxwella, Lalah Hathaway, Tamię, Rahsaana Pattersona czy Babyface’a? Kenny Lattimore jest właśnie dla Was. Myli się jednak ten kto powie, że stoi on w cieniu. On stoi z nimi w jednym szeregu.

Ocena płyty: