Jessie Ware “Glasshouse”

Piosenkarka, uwielbiana przez miłośników alternatywnego popu, przywiązuje coraz większą wagę do materiału, którego jest niemal wyłączną autorką. Wysoka poprzeczka zastosowana przy selekcji piosenek zaczęła przynosić wyraźne rezultaty.

Glasshouse” to najbardziej zintegrowana, równa i utrzymana na najwyższym poziomie ze wszystkich dotychczasowych płyt Jessie Ware.

Jessie Ware Glasshouse cover

Niezwykłej urody Angielka jest niewątpliwie coraz lepsza. Nieomal z dnia na dzień poprawia i uszlachetnia technikę wokalną, rozwija się także jako autorka, z coraz większą pieczołowitością przygotowywane są też jej kolejne nagrania. Na nowej płycie wielka w tym zasługa Benny’ego Blanco. Sięgnął jako aranżer po sprawdzone oldschoolowe brzmienie i wyeksponował jego rolę, co trafnie uszlachetniło nowe piosenki Jessie.

Na album złożyły się piosenki zgrabne, świadczące tyleż o zdolnościach kompozytorskich piosenkarki, co o poczuciu formy. Nowe utwory są też znacznie „spokojniejsze” od znanych nam dotąd. Od paru lat melodia, niegdyś warunek niezbędny muzyki popularnej, stawiana jest do tylnego szeregu. Jessie Ware zdołała ją zrehabilitować – niemal wszystkie nagrania pełne są subtelności. Jessie najbardziej przekonująca jest w repertuarze balladowym i nastrojowym – jej głos brzmi ciepło w piosenkach „Alone”, „Thinking About You” i w pięknym utworze „Sam”, po którym słuchacz staje się jego niewolnikiem na przynajmniej kilka dni. Produkcja albumu jest bogatsza niż na jej poprzednich płytach (m.in. pojawiają się tu w roli współautorów Francis and the Lights, Ed Sheeran, Cashmere Cat, Julia Michaels).

Uważam „Glasshouse” za najlepszą płytę Ware i gdyby pojawiła się kilka lat wcześniej, zapewne uznałbym ją za wydarzenie. Jednak nie da się ukryć, że mamy rok 2017 i pewne rozwiązania brzmieniowe, aranżacyjne i producenckie są wymogiem czasów, w których powstają nagrania. Absolutnie nie chodzi tu o uleganie modom. Fakt, że Jessie wyraźnie rozszerzyła paletę muzycznych barw, wprowadzając do repertuaru np. brazylijską bossa novę („Selfish Love”), pokazuje, że sama odczuła konieczność wprowadzenia zmian. Jednak ten materiał zasługiwał na bardziej radykalne kroki, co niekoniecznie oznaczałoby porzucenie własnego stylu.

Starzy fani powinni być jednak zachwyceni, gdyż pozostał charakterystyczny klimat nagrań Ware. Ignorując panujące mody, od debiutu „Devotion” z 2012 roku, wokalistka wierna pozostaje własnym upodobaniom. W ten sam sposób syrenim głosem koi stargane nerwy. W ten sam sposób wreszcie wznosi się swoimi romantycznymi balladami dla zakochanych wysoko ponad poziom dzisiejszej popowej szmiry.

Bardziej poruszające sprawy rozgrywają się w warstwie lirycznej. Upraszczając, większość piosenek mówi o związkach, ale pojawia się również wątek rodziny, związany z tym, że artystka została niedawno matką. Wydaje się, że każda z nich zawiera klucz zrozumiały wyłącznie dla pań, a mimo to pozostaje przestrzeń na własną interpretację słuchacza.

W sumie – doskonale zaśpiewana, zagrana i nagrana, melodyjna muzyka rozrywkowa. Na wskroś współczesna, ale z głębokim ukłonem w stronę lat 90.

Ocena płyty: