“Lubię wszystko zaczynać od początku…” – rozmowa z Pauliną Przybysz

Paulina Przybysz to wyjątkowo aktywna artystka. Dosłownie na moment ustała jej przygoda z zespołem Rita Pax, a już zaczęła przygotowania do kolejnej solowej płyty. “Chodź tu” jest nieco inna od jej dotychczasowych dokonań. Osadzona w brzmieniach elektronicznych, hiphopowych, a nawet trapowych, wskazuje kolejną odsłonę artystyczną młodszej z sióstr, wywodzących się z niezapomnianej grupy Sistars. O genezie powstania krążka, energii twórczej, godzeniu macierzyństwa z robieniem muzyki i paru innych kwestiach Paulina opowiedziała nam podczas długiej rozmowy.

Powiedziałaś mi swego czasu, że Pinnawela odeszła w zapomnienie. Czemu?

Myślę, że Pinnawela była dla mnie trochę szkołą, pierwszym działaniem na własną rękę. I szczerze powiedziawszy, gdy słucham tych płyt, to lubię je bardzo, bo jest tam dużo fajnych rzeczy, ale mam wrażenie, że był to taki warsztat. Badałam różne zakątki i wchodziłam momentami w skrajności. Te eksperymenty były fajne na etapie bycia dwudziestolatką, a teraz po pierwsze, mam taki moment w życiu, że czuje, że moje prawdziwe imię i nazwisko ma sens, a po drugie, że lubię też wszystko zaczynać od początku. Lubię idee mandali w życiu. Tworzysz coś, a potem miotełką rozsypujesz w kosmos i robisz coś od nowa.

Wiem, że piszesz piosenki cały czas, natomiast kiedy zaczęły powstawać te, które znalazły się na „Chodź Tu”?

Te utwory zaczęły powstawać mniej więcej po okresie drugiej płyty Rity Pax. „Dzielne kobiety” napisałam w momencie tworzenia takiego projektu, który nie ujrzał jednak światła dziennego. Tworzyły go tak mocne postacie, które są silnymi indywidualnościami, a jednocześnie są tak zajęte, że nie udało nam się doprowadzić do realizacji wspólnego materiału. Projekt nosił roboczą nazwę Pepe (PP). Tworzyliśmy w składzie: Piotr Zabrocki, Jan Młynarski, Marian Wróblewski, Manolo, czyli José Manuel Albán Juárez i Michał Grott. To były zajebiste rzeczy, zbliżone już nieco do hiphopu. Brzmiało to rootsowo. Zostało mi trochę kontentu tekstowego z tego okresu. A ponieważ projekt nie doszedł do skutku, ja zaczęłam tworzyć numery, które potem weszły do repertuaru Rity Pax. Minęło kolejnych kilka lat z tym zespołem na robieniu rzeczy undergroundowych i otwierających szeroki kosmos przede mną – chociażby gitarowego grania i lekkiej psychodelii. Zresztą to nie koniec tego zespołu i wstępnie w grudniu umówiliśmy się na tworzenie nowych rzeczy. To są tacy ludzie i taki rodzaj komunikacji muzycznej, że po prostu chce się to dalej robić.

W „Salivie” śpiewasz z takim specyficznym akcentem. Postawiłaś tu na pewną dowolność. Powinniśmy to traktować żartobliwie?

Jeśli chodzi o ten numer, to ma on za zadanie rozgrzeszyć takie upartości na akcenty. Dla mnie angielski jest użytkowym i międzynarodowym językiem komunikacji. Nie żyłam nigdy w żadnym z krajów anglojęzycznych, by przesiąknąć prawidłowym akcentem. Uważam, że mamy jakąś taką napinkę na to, by mówić po angielsku z jakimś konkretnym akcentem. A przecież najważniejsze jest to, żeby zostało to zrozumiane. Ja uwielbiam słuchać np. hindusów albo ludzi Ameryki Południowej, czy Włochów, mających swoje zniekształcenia w języku. To jest piękne, jak patterny na tapetach.

Z kolei w „Papadamy” śpiewasz: I słucham bitów od wszystkich producentów/Taki znany naród, a znamy może pięciu. A tymczasem właśnie Twoja płyta przeczy, że jest ich tak mało.

Zapytaj jednak kogoś, kto słucha muzyki tylko z radia, ilu zna producentów. I czy kojarzy ich, jak wyglądają. Wydaje mi się, że ta kultura producentów się dopiero przedziera, bo mamy już artystów, którzy nie śpiewają, tylko są i tworzą muzykę. Taką osobą jest na przykład Smolik, z którym dopóki nie porozmawiasz, to nie dowiesz się jaki ma głos (śmiech). Zresztą dostrzegam też problem w odróżnieniu realizatora dźwięku od producenta, ponieważ żyję z osobą, która jest jednym i drugim. Określenie tej funkcji jest cały czas trudne. Za granicą wydaje się logiczne to, że jest producent i ma swoje udziały, natomiast w Polsce jest cały czas taka przepychanka, kto, co i dlaczego. Wydaje mi się, że dopiero powoli zaczynają się tu układać te sprawy, które są od lat oczywiste np. w Stanach.

W tym utworze pojawia się także Katarzyna Nosowska. Rozumiem, że tę część tekstu, którą śpiewa, napisała sama?

Tak, ona dopisała ten fragment do mojego tekstu. Ciężko było przewidzieć w którą stronę pójdzie, ale zrobiła to pięknie. Wręcz mam dreszcze.

Natomiast „Buy Me Soul” przypomina „Work It” Missy Elliott. A kto zagrał partie smyczkowe w tym numerze?

Ja. Zagrałam je na trzech wiolonczelach. Na dwóch dużych i jednej tzw. ćwiartce.

Nawiązując do „Systemu”, udaje Ci się rozbroić strach?

Pracuję nad tym cały czas. Wydaje mi się, że im bardziej idę tylko w rzeczy, które kocham robić, to udaje mi się go rozbroić. Na świecie jest tak, że nieustannie toczy się wojna strachu z miłością. Zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie.

„Drewno” zdaje się być kwintesencją całej płyty. To właśnie w nim padają słowa: „Chodź tu”.

A dla mnie to jest trochę erotyk. Nie wiem, czy cała płyta też nim jest. Ale owszem, momentami jest dość okołokołdrowo (śmiech).

A kiedy pojawiła się u Ciebie fascynacja „Gwiezdnymi Wojnami”?

Brat mojej mamy, Paweł, 9 lat młodszy od niej, był zawsze takim fajnym wujkiem, bo takim młodym. Odbierał nas ze szkoły, podrzucał pierwsze płyty D’Angelo czy Jill Scott. To jego zasługa, że zaczęłyśmy się zagłębiać w taką muzykę. Ten sam wujek zawsze mocno wnikał w Jedi (śmiech). To on nam pokazał wszystkie filmy i do dziś, gdy przychodzi na urodziny naszych dzieci, to bawi się z nimi w Jedi (śmiech). Ta fascynacja przyszła od niego.

 …i zaowocowała „Padawanem”, który mnie kojarzy się z Kendrickiem Lamarem.

Bit do tego utworu zrobił Sander Molder, czyli jeden z Estończyków, z którym miałam okazję współpracować podczas Tallin Songwriting Camp

Z kolei „Kumoi” ma orientalny klimat. Chodziło Ci o skalę muzyczną o takiej nazwie, czy o drzewo?

O skalę. Pierwotnie ten numer miał nosić tytuł „Unchain My Child” jako parafraza do Ray’a Charles’a, ale stwierdziłam, że jest to za skomplikowane i został tytuł roboczy, który być może trochę intryguje. A samo kumoi pochodzi z tego, że zaczęłam się uczyć Ablatona i obsługi Pusha. I w tym ostatnim są właśnie skale – bardzo różne i ciekawe. Z tego etapu mojego rozwoju wyciągnęłam tę nazwę.

No właśnie – wydaje mi się, że dziś spokojnie byłabyś w stanie sama zrobić sobie płytę.

Myślę, że mogłabym. Np. „Saliva” jest całkowicie moją produkcją, z finalną realizacją Jacka Antosika ale mogę się tu nazwać pełną producentką (śmiech). Podobnie jest z „Owcami”.

Natomiast tekst do „No Entrance” jest manifestem.

Ten tekst jest takim empirycznym wyznaniem. Wydaje mi się, że w macierzyństwie jest taki moment, że wydaje nam się, że kończy się cała wolność. Uważamy, że byłyśmy wolne przed dziećmi. Byłyśmy i jednocześnie nie byłyśmy. To jest kwestia ogarnięcia i uświadomienia sobie czy odpowiedzialność i więcej miłości na pokładzie jest ograniczeniem, czy jednak super rozwojem i sensem, które wiadomo, wymaga poświęceń, ale jak wspaniale wtedy smakują momenty, kiedy raz na jakiś czas wyrywamy się z domu. „No Entrance” jest takim uwolnieniem energii w „zamatkowieniu” i tym, że warto wracać do stanu pełnej wolności. Oczywiście to jest przerysowane, idzie w imprezę i kojarzy się z takim „Kac Vegas” (śmiech). Podobne szukanie wolności jest też w „Chokin’”. Nie wiadomo, czy szukać jej w czasie, jego braku, hajsie, używkach itd. Konkluzja jest taka, że ta wolność jest w nas.

Skoro wspomniałaś „Chockin’”, mam wrażenie, że trap Ci służy.

Tak, zdecydowanie chociaż Antos (Jacek Antosik, realizator płyty – przyp. MM) mówi, że nie może znieść tych werbelków, co cykają w górnych częstotliwościach. Ja uwielbiam!

A myślisz, że kiedyś system zbrojeń zostanie złamany?

No, mam nadzieję, że tak. U mnie z religiami nie jest najlepiej. W podstawówce przepisałam się na Etykę. Bardzo szanuje ich instnienie, ale gdzieś tam mam swoją ulubioną filozofię, w której emocje i ich częstotliwości stanowią o sytuacji, a nie sakramenty, czy generalnie definicja wyznania. Mam wrażenie, że świadomość ludzka mimo wszystko idzie coraz wyżej. Stąd też ta przenośnia „kryształowych dzieci”, które są kolejnym pokoleniem powoli przewartościowującym pewne rzeczy. „System” jest takim numerem nadziei matki głupich na piękne przebudzenie.

A „Owce”?

W „Owcach” wykorzystałam nagrania, które zrobiłam będąc w ubiegłym roku na warsztatach w Jaworkach. Tam miałam zajęcia, które były bardzo inspirujące. Miałam tam też sporo czasu, żeby pochodzić i pobiegać. I na przykład rankiem spotykałam stado owiec i je nagrywałam (śmiech).

Nie mogę nie zapytać, co z Siostrami Archeo, czyli Twoim projekcie z Natalią?

Sądzę, że będzie taki moment, że za to się weźmiemy. Natomiast teraz obie mamy tyle pracy ze swoimi płytami… Ciągle się jednak gdzieś spotykamy, jak przy projekcie z piosenkami Niemena, czy innych koncertach zbiorczych, gdzie są różni artyści i zawsze mamy z tego fun. Poza tym fajnie nam w tych solowych projektach i cały czas się wymieniamy doświadczeniami. Mamy jednak przed sobą kawał życia, więc w końcu się to zdarzy.

To teraz koncerty.

Tak, najbliższy w Warszawie w „Grizzly Barze” 19 października. Serdecznie zapraszam!