Oczarował, ukołysał, uwiódł… Gregory Porter wystąpił w Warszawie

W ostatnich dniach odbyła się prawdziwa jazzowa uczta. Na trzy koncerty do naszego kraju przyjechał wspaniały Gregory Porter. Ostatnim przystankiem podczas występów była Warszawa.

Artysta zainaugurował koncertami nową inicjatywę radia Zet Chilli – Jazz Chilli Days.

Wierzę, że do tego, jak wyjątkowym artystą jest Gregory Porter nie muszę przekonywać nikogo, kto choć raz usłyszał ten wyjątkowo głęboki, aksamitny głos. A jeśli usłyszał go na żywo, to już nie kwestia wiary, a pewności. Jest w nim bowiem ten rodzaj ciepła, który przyciąga tak mocno, że trudno coś na to poradzić. Na szczęście nie trzeba, można po prostu poddać się chwili… Ja zrobiłam to z ogromną przyjemnością, a reakcje pozostałych słuchaczy zebranych w poniedziałkowy wieczór w Teatrze Wielkim zdecydowanie potwierdziły, że nie byłam odosobniona w swoich odczuciach.

Tym, co mnie w Porterze zachwyca, ale i zaskakuje chyba najbardziej, jest połączenie silnego, acz niezwykle otulającego głosu z ujmującą prostotą i skromnością w byciu na scenie. Jego występ był czymś zdecydowanie bardziej wartościowym niż po prostu wokalny popis. O popisywaniu się w jakikolwiek sposób absolutnie nie było mowy. Był za to bogaty, szczery i niesamowicie wciągający dialog, który artysta prowadził z publicznością, a przede wszystkim z towarzyszącymi sobie instrumentalistami, którzy byli na scenie równie ważni, jak on sam.

Gregory wielokrotnie  niejako usuwał się w cień, aby to Chip Crawford, Jahmal Nichols, Emanual Harrold, Ondrej Pivec i Tivon Pennicott znaleźli się na pierwszym planie. Mnie szczególnie zachwycił ten ostatni – dzięki niemu w dźwiękach saksofonu tenorowego zmysłowość spotkała się z niezwykłą świeżością. Co jednak ważne, żaden z instrumentów nie dominował nad pozostałymi. Spontaniczność nie wykluczała harmonii, a efektem współdziałania muzyków były pełne emocji i po prostu piękne brzmienia.

Piękne (i zaskakujące) były również interpretacje i aranżacje, w których nie brakowało improwizacji. Nie spodziewałabym się na przykład tak płynnego przejścia od „Musical Genocide” do „Nature Boy” Nat King Cole’a. Ale przecież tego wieczoru niejednokrotnie odniosłam wrażenie, że dla Gregory’ego i jego zespołu granice nie istnieją. Jeśli zaś o Nat King Cole’u mowa, trudno było oprzeć się wrażeniu, że jego duch był tego wieczoru obecny w Teatrze Wielkim. I z pewnością się uśmiechał.

Zachęcamy do obejrzenia zdjęć z warszawskiego, znakomitego wieczoru.