“Granice panowania poszczególnych gatunków muzycznych są sztuczne…” – wywiad z Gregorym Porterem

Startuje “Jazz Chilli Days”, w ramach których wystąpi Gregory Porter. Koncerty odbędą się 12 października w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, 15 października w gdyńskiej “Arenie” oraz dzień później w warszawskiej Operze Narodowej. Mieliśmy okazję porozmawiać z artystą, który opowiedział o swoim podejściu do muzyki, o tym, jak ważny jest jej przekaz oraz o pomysłach na przyszłość.

W piosence „On My Way To Harlem” śpiewasz “I was baptized by my daddy’s horn”. Czy to znaczy, że Twój ojciec był trębaczem? Z tego, co wiem, byłeś wychowany w Bakersfield jedynie przez matkę?

Ta piosenka porusza kilka kwestii. To głos ludzi wywodzących się z Harlemu. To także po części wypowiedź w moim imieniu. Moja droga do jazzu nie była bowiem prosta. Musiałem zmagać się z wieloma przeciwnościami. Nie miałem chociażby odpowiedniego rodowodu… Chciałem trafić do kultury jazzowej, a wiele z tych przeciwności, które pojawiły się na mojej drodze, próbowało mnie utwierdzić w tym, że nie mogę być jej częścią. Kiedy ktoś mnie pytał, jakie ukończyłem konserwatorium, odpowiadałem, że żadnego. Uważałem, że jazz jest językiem mojego ojca. Wiem, w jaki sposób mówił. Ta piosenka jest swoistym wspomnieniem. Wychowałem się w duchu jazzu, więc jestem w nim. Nie muszę się go uczyć. Dotyczy to także społeczności Harlemu, z którą się utożsamiam. Starałem się wyrazić ich uczucia w tym utworze.

Wspominasz w nim także Marvina Gaye’a. Wiem, że jednym z Twoich idoli jest Nat King Cole, a czy Marvin Gaye Cię inspiruje?

Oczywiście, zdecydowanie miał i nadal ma na mnie wpływ. W jego utworach słyszę mnóstwo jazzu, natomiast dużo ważniejszy jest społeczny aspektem jego twórczości. Jego zdolność do wypowiadania w ważnych kwestiach się przy użyciu groove’ującej muzyki. Jego głos ma decydujące znaczenie, niezależnie od tego ile jego muzyka zawiera kuszących aranży i wyszukanych patentów muzycznych.

Każda Twoja kolejna płyta jest bogatsza muzycznie, ale za każdym razem, kiedy ich słucham – niezależnie, czy to “Be Good”, “Liquid Spirit” najnowsza “Take Me To The Alley” – mam wrażenie, że słucham koncertu. Jedynie po każdej partii solowej brakuje oklasków. Czy takie miałeś pomysły na te płyty, by brzmiały tak, jakby były nagrywane na żywo?

W dużej mierze tak. Dla mnie źródłem wyjątkowości występów na żywo jest nie tylko ich ulotność. Są one także esencją muzyki i niosą ze sobą pozytywne odczucia. Nagrywanie płyt w moim przypadku wynika z potrzeb publiczności. To ona się ich domaga. Pierwsza płyta “Water” została właściwie w całości nagrana na żywo. Praktycznie jej nie edytowaliśmy. Chciałem uchwycić wyjątkowość tamtych chwil, wszystkie nierówności, oddechy i improwizacje. Dlatego też wszystkie instrumenty oraz mój głos były rejestrowane jednocześnie. Moje podejście się nie zmieniło. Nadal chce, żeby na moich płytach słychać było życie, odciski palców, naturalne błędy. Powiem Ci, że na początku uważałem te wszystkie niedoskonałości za problem, ale dziś cieszę, że tak one brzmią. Taka jest właśnie jest i powinna być prawdziwa muzyka.

W Twojej muzyce słychać wiele wpływów nie tylko soulowych, czy jazzowych, ale także nadal- gospelowych, tak jak w Twoim wykonaniu acapella klasycznego “God Bless The Child”. Myślałeś o tym, aby nagrać płytę stricte gospelową?

Owszem, myślę, że w którymś momencie do tego dojdzie. Kiedy nagrywałem “God Bless The Child”, myślałem o Mahalii Jackson i o tym, jak ona podeszłaby do tego utworu. Natomiast, kiedy śpiewam “Feeling Good”, myślę o muzyce gospel, którą słuchałem jako dziecko. Dlatego chciałbym nagrać album z taką muzyką, natomiast element gospel są obecne na wszystkich moich płytach. Nie chcę jednak stawiać się w sytuacji kategoryzowania na zasadzie: muzułmanin nie może słuchać takiego gatunku, a buddysta tego. Wiesz, co mam na myśli? Przecież nawet ateista może tego słuchać. Podoba mi się pomysł, że nawet osoby nie wierzące w Boga mogą się zachwycać taką muzyką. Dla mnie to uniwersalny język, niezależny od tego, w co się wierzy.

Wspomniałeś w którymś z wywiadów, że chcesz wprowadzić nowy kierunek do jazzu i kontynuować jego historię. Moim zdaniem Twoje oldschoolowe podejście ma więcej wspólnego z hip hipem, niż z dawnymi czasami, w których królował jazz. Twoje opowieści są pełne emocji I zastanawiam się, czy fani hiphopu również się mogą do nich odnosić?

Mam taką nadzieję. Wydaje mi się, że hiphopowcy znaleźli klucz do tego, by odpowiednio odbierać moją muzykę. Dostaję sporo propozycji współpracy z ich strony. Najzabawniejsze jest to, że zawsze, gdy chcą nagrywać, ja jestem na trasie w Europie (śmiech). Uważam jednak, że ten nienaturalny podział, jaki panuje w muzyce. Granice panowania poszczególnych gatunków muzycznych są sztuczne i mam nadzieję, że artyści sami je zburzą. Jedyne co trzyma artystów sztywno przy ich gatunkach jest ich pozycja na rynku. Boją się ją po prostu utracić, robiąc coś wbrew swoim odbiorcom. W pewnym momencie będą sobie musieli powiedzieć, że chodzi o nie biznes, tylko o tworzenie muzyki. Być może niektórzy już podjęli takie decyzje. Często jednak bywa tak, że artyści decydują się na współpracę z innymi, ponieważ wspólnie na tym zarobią. A gdyby tak nawiązać współpracę z powodów czysto muzycznych i przekonać się, co z tego wyjdzie? Wtedy granice gatunkowe szybko by się rozmyły. Osobiście słucham muzyki bez podziału na gatunki. Muzycy, których znam, również w ten sposób do niej podchodzą. Zobacz, muzycy metalowy słuchają Santany, blues’a, reggae, wszystkich tych klasycznych wykonawców. Gdyby John Coltrane, który miał wiedzę i opanował złożoność swojego instrument, mógł usłyszeć prostą piosenkę country i odnaleźć w niej genius, to znaczy, że kryje się w niej coś więcej, niż tylko przebieranie palcami po gryfie gitary. Liczy się także człowieczeństwo, dusza i opowieść, która za tym stoi.

Wspomniałeś o muzykach metalowych. Znam jeden zespół, który również pochodzi z Bakersfield. Nazywa się Korn. Znacie się?

Oczywiście, jesteśmy przyjaciółmi. Chodziliśmy razem do liceum. Braliśmy udział w tych samych konkursach talentów (śmiech).

Podkreślasz jak ważny jest przekaz i opowieść w muzyce, a czy uważasz, że może ona być jeszcze formą protestu?

Jak najbardziej. Wydaje mi się, że w muzyce jest dziś dużo protestu i niezgody na różne rzeczy. Kiedyś nawet w muzyce instrumentalnej wydawanej przez Blue Note Records na płytach, które znamy, było wiele buntu. Ja w każdym razie słyszę w nich Dr. Kinga oraz krzyk pastora, przewodzącego chórem gospel. Gdyby okraszono je tekstem, usłyszelibyśmy więcej sprzeciwu i niezgody, niż nam się wydaje. Natomiast wydaje mi się, że po sposobie w jaki obecnie muzyka jest tytułowana, jaka stoi za nią historia oraz na podstawie rozmów, ludzie myślą o bieżącej sytuacji, niezależnie od tego, czy mówią o brutalności policji, światowym fenomenie nacjonalizmu i rozwoju jego negatywnych odłamów, Rasizm, seksizm, antysemityzm, wszystkie te kwestie. Muzyka jest drogą do tego, jak sobie radzimy i jak bronimy się przed tymi wszystkimi sprawami. Jest mnóstwo młodych artystów, którzy podejmują tego typu tematykę.

Jak na przykład Kendrick Lamar?

Kendrick Lamar, czy Christian Scott. Poza tym często jest też tak, że ludzie mylą piękno z tanim efekciarstwem, a przecież piękno może też być sposobem na odparcie tego, co złe i wyzbyciem się negatywnej energii. (Gregory zaczyna śpiewać): You are my sunshine, my only sunshine. You make me happy when skies are grey. W szczerym i przejrzystym sposobie przekazania tego również może tkwić forma protestu

Za kilka dni zaczynasz trasę po Polsce. Czym będą się różniły te koncerty od tego, który zagrałeś wiosną w Łodzi?

Będą się różniły nieco setlistą. Poza tym pracuję teraz nad nowym projektem, więc być może coś z niego będę mógł zaprezentować. Zawsze staram się zaśpiewać coś nowego. Zobaczymy.

Dziękuję za rozmowę.