Ledisi “Let Love Rule”

Let love rule”- niech miłość rządzi! Takie hasło przewodzi najnowszej płycie Ledisi. Prawie 4 lata mijają od ostatniego albumu „Truth”, który ośmielam się stwierdzić jest najlepszym w dotychczasowej dyskografii artystki. Czy „Let love rule” to zmieni? Jest inaczej, bardziej dojrzale, subtelnie. Materiał nakierowany bardziej na słuchanie niż na zabawę.

Tytułowy utwór to klasyczne soft r&b z przodującą linią basu, przeplataną prostą powtarzalną melodią. Fajnie, że na płycie jest dużo żywych instrumentów. Bas nie jest syntetyczny, jest dużo surowego pianina i gitarowego tła. To właściwie już diametralnie odróżnia ten album od „Truth”, który był elektroniczny i zdecydowanie cięższy w brzmieniu. Minimalizmu mogliśmy posmakować w singlach zapowiadających nadchodzący album. „High” swoim klimatem przywołuje późne lata 90, trochę jak Janet Jackson, trochę jak Jill Scott, rozrusza smutasa swoim słonecznym groovem, a jeśli obejrzycie teledysk to już w ogóle uśmiechniecie się do świata. „Add to me” oraz „Here” też całkiem sympatycznie nakierowywały nas na obecną drogę Ledisi. Nie są to jednak topowe przeboje, przy których tłumy będą szaleć na imprezach. Wspominam o tym dlatego, iż powracając ciągle do fenomenalnej płyty „Truth” było tak, że tłumy szalały. Posłuchajcie chociażby „Rock with you” aby zrozumieć co mam na myśli. Ledisi zmienia swój muzyczny kierunek, a tak naprawdę to zdaje się, że powraca do swoich początków. Różnica polega na tym, że zarówno wokalnie jak i tekstowo jest tutaj skromniej, co skutkuje wzrostem mojej atencji. Mniej karkołomnych wokaliz, więcej prostoty i dojrzałości tekstowej.

We wspomnianym „Let love rule” nie dzieje się za dużo. Prosty tekst o zaufaniu do miłości, spokojne harmonijne wokale i leniwa forma sympatycznej ballady. Jest miło. Jest fajnie. Absolutnie nie ma nudy. Wciąga właśnie ten stan niepełności. Idąc dalej tym tropem natrafiamy na „Forgivness”. Utwór jest wręcz intymny. Gorzka ballada o rozczarowaniu ubrana tylko w gitarę i piękne wokale. Urzekająca i bardzo mądra piosenka: „…jesteś mi winny moje przebaczenie…”. Fenomenalna wokalna interpretacja tekstu. Prawdziwa perełka na albumie i to nie jedyna! Koniecznie należy opowiedzieć o duecie z Johnem Legendem. „Give you more” w wydaniu tych dwojga to już głęboki kosmos smooth r&b. Znów muzycznie mamy do czynienia z minimalizmem, prosty beat, kilka sampli i gitary. Refren pochłonął mnie bez trudu i już po chwili potrafię go zanucić. Trochę przypomina mi klimat albumu „My love is your loveWhitney. Przypomina i wcale nie stoi w jego cieniu. „Us 4ever”, duet z BJ The Chicago Kid jest tego kolejnym przykładem. Energetyczna, pozytywna ballada, którą słucham kilka razy z rzędu, a pod koniec tej podróży czeka „All the way”. Sensualna, nawet trochę erotyczna opowieść o potrzebie miłości, gdzie wokalistka udowadnia, że rzeczywiście jest jedną z tych niewielu, które Quincy Jones upatrzył sobie na ulubienice. Wcale mu się nie dziwię. Im dłużej wsłuchuję się w ten album, tym bardziej odnajduję się w tej produkcyjnej prostocie.

No dobra, tak się czepiałem, że nieimprezowy ten album, że poprzedni jest najlepszy. Muszę przyznać, że błędnie zinterpretowałem swój stan. Dzielić powinno się Ledisi na dwa. Będę przecież wracać do obydwu. „Truth” zapewni mi rozrywkę kiedy atomy we mnie za szybko się zderzają, a „Let love rule” będzie koić kiedy najdzie mnie chęć refleksji. Scalać ten stan będzie zamykający całość „If you don’t mind”, wyprodukowany przez Kirka Franklina. Nie mam nic przeciwko, aby kusiła nas dwojako. Niech rozgrzewa i łagodzi. Mnie znowu zdobyła.

Ocena płyty: