Tori Amos “Native Invider”

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z tą artystką, myślałem przez chwilę, że mam do czynienia z nieznanymi nagraniami Kate Bush. Dziś jednak nie miałbym żadnych problemów z rozpoznaniem jej muzyki, a skojarzenia z Bush wydają mi się nie tylko odległe, ale wręcz zupełnie niestosowne. Niewiele jest aż tak charakterystycznych i oryginalnych głosów w dzisiejszej muzyce.

tori amos new album 2017

Piętnasta płyta córki pastora metodystów z Maryland jak zwykle zawiera bogato zaaranżowane piosenki. Dostajemy album, który w jakimś stopniu jest powrotem do brzmienia z okresu „Boys For Pele” czy „Under The Pink”. Wciąż charakter całości nadaje jej wyjątkowy głos, specyficzny sposób śpiewania, a także wszechobecny fortepian. Dzisiejsza Tori jednak znacznie chętniej niż w początkowym okresie działalności wspiera się zespołem. Dzięki czemu jej utwory zyskały rytmiczną podstawę, która sprawia, że ta wyjątkowa twórczość nie jest tak jednorodna, a zatem może trafić do nieco szerszego grona odbiorców.

Jeśli chodzi o teksty i Ilinie melodyczne, przychodzi na myśl Joni Mitchell. Trudno czynić z tego zarzut, ponieważ wzorce są jak najbardziej szlachetne, lecz może drażnić monotonna maniera powtarzania tych samych aranżacyjnych rozwiązań niemalże w każdym numerze. Nie zmienia to jednak faktu, że Tori Amos jest jedną z ciekawszych artystek, która potrafi połączyć zaangażowanie wokalno-tekstowe z muzyką, będącą nowoczesnym odbiciem lat 70. Szkoda, że wśród kilkunastu naprawdę dobrych piosenek brak jest prawdziwego przeboju.

Trzeba jednak podkreślić, że piosenki zebrane na „Native Invider” tworzą jedną całość. Tori zabiera nas w podróż po dzisiejszej Ameryce. To jej osobisty komentarz do współczesności. Chyba nie najbardziej wesołej i radosnej, ale takie czasy nastały… Artystka ustawiła poprzeczkę tak wysoko, że nawet wprawni recenzenci przy pierwszym słuchaniu będą zdezorientowani. To nie jest lekka, łatwa i przyjemna… muzyka do posłuchania o każdej porze. Najlepiej słuchać jej wieczorem i w całości. Przede wszystkim słuchać tekstów, bo są ważne. Czy słuchacz będzie umieć poskładać je w jedną spójną historię, zależy tylko od jego inteligencji i wrażliwości.

Ten album jest jak wybuch wulkanu. Jak pożar, który się nie daje ujarzmić. Fizycy by odpowiedzieli. No bo nagle słyszysz jakiś dźwięk, który trwa 5 sekund, a natychmiast wszystko zaczyna pasować, jak w dominie, jak w kodzie DNA, budzi się. Trzeba tylko wyobrazić sobie większą przestrzeń między komórkami, więcej powietrza, by prądy mogły przepływać, a molekuły pamiętać.

Ocena płyty: