Daley “The Spectrum”

Co jakiś czas mam przed oczami taki obrazek: podtatusiały malkontent z uregulowanym stosunkiem do służby wojskowej, statystyczną rodziną, dwupokojowym mieszkaniem i zbiorem czterdziestu płyt, których już nikt nie słucha. Nikt, oprócz wspomnianego malkontenta i kilku mu podobnych. Tacy kolesie uwielbiają martyrologię i wspomnienia w stylu „słuchało się kiedyś Sade i George’a Michaela, oj słuchało, co to były za czasy”. Współczuję ludziom, którzy babrają się w zakrzepłej prehistorii, nie chcąc wychylić uszu na nową muzykę, i z uporem twierdzą, że ładnych melodii już dawno się nie nagrywa.

Okazją do ruszenia tyłków z posad jest wydana właśnie najnowsza płyta Daley’a: „The Spectrum”. Niezwykle utalentowany wokalista, dawka bezpretensjonalnej muzyki rzuconej prosto w twarz mamutom i, żeby było śmieszniej, z dokonań mamutów sprytnie czerpiącej. Nagrana w myśl zasady: jak nie wymyślić prochu i nagrać bardzo dobrą płytę, czyli jak zjeść ciasteczko i mieć ciastko.

Debiutancki album Daley’aDays + Nights” prasa muzyczna zgodnie uznała za jeden z najlepszych męskich krążków R&B 2014 roku. Elektryzujący, romantyczny głos i świetne, bogate aranżacje – to największe atuty tego 27-latka. Nie zabrakło ich również na nowym albumie. Brytyjski wykonawca powraca w dobrej formie. Jego piosenki ucieszą tych, którzy lubią Erykah Badu, D’Angelo i oczywiście mistrza – Steviego Wondera. Artysta przemieszcza się pomiędzy stylistyką lat 90., przez zupełnie przebojowe brzmienia tzw. neo-soulowe, aż po popowe smaczki i hiphopowy flow. I to właśnie w tej płycie podoba mi się najbardziej – podejście do muzyki jak do niezobowiązującej sesji.

Zaczyna się spokojnie: „Introlude” nie daje pojęcia o pomysłowości Daley’a. Aż tu nagle powalająca, emanująca erotyzmem i niezwykłą melodyjnością piosenka „Until The Pain Is Gone”, z gościnnym udziałem Jill Scott. Dalej jest już różnie, ale nie jest źle. Muzyk zadziwiająco dba o aranżacje i dobrze znany kościec stara się ubrać w ładną skórę. Mimo że jest to płyta tak sentymentalno-nastrojowa, nie trzeba się obawiać, ze będzie zbyt uczuciowo. Dzięki swojemu wyczuciu wypada wzruszająco w „Distance” – balladzie z bardzo subtelnie pojawiającą się gitarą w tle. Okazuje się też, że potrafi odnaleźć się w nokturnalnym R&B („Temple”), który przypomina trochę styl Maxwella z lat 90. To podobieństwo było chyba zresztą zamierzone – Daley zawsze podkreślał, że chce przywrócić do życia brzmienia, które odeszły w zapomnienia. I w zasadzie z tych starych zapożyczeń jej muzyka się składa. Co i rusz słychać pogłosy dokonań jego „kolegów” z dekad ubiegłych – co jest komplementem, bo większość panów współczesnej sceny soul-popowej upodabnia się do siebie nawzajem. A skoro mowa o tym, co słychać, to pojawia się soczysta dawka elektroniki, tej typowo brytyjskiej, pachnącej dusznymi klubami i niby już mainstreamowej, ale wciąż zaskakującej czymś świeżym. Większość aranżacyjnych pomysłów na „The Spectrum” pojawia się niezwykle subtelnie, jakby daleko w tle. „Na przodzie” jest beat i głos Daley’a. I dobrze, bo gdyby wszystko było na tym samym poziomie, powstałoby przeładowanie. Prawdziwą perełką w tym zestawie jest zaś osobisty i nastrojowy „The Fabric (For Richard)”.

Wierzę temu chłopakowi, a wszystkich statystycznych wątpiących zawiadamiam z przyjemnością, że dobry, inteligentny pop jeszcze dyszy. I nic nie wskazuje na to, aby przestał.

Ocena płyty: