Somi “Petite Afrique”

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości czy aby na pewno zaczęła się wiosna, to mogę Was oświecić. Wiosna przyszła wraz z najnowszym albumem SomiPetite Afrique”. A jeśli Bóg istnieje to właśnie słucha tej płyty i dumnie tupie nóżką, że na ziemi takie cuda.

Nafaszerowana emocjami. Niepokojąco intrygująca. Skupiająca uwagę. Właśnie taka jest płyta artystki, która nieustannie dąży do kultywowania historii krwi przepływającej przez jej serce. Amerykanka z Illinois, która część swojego dzieciństwa spędziła w Zambii totalnie identyfikuje się z czarnym lądem. Cały album opowiada bowiem o afrykańskich emigrantach i ich życiu w nowojorskim Harlemie. Teksty pełne są niepokoju egzystencjalnego, opowiadają o pułapkach mentalnych, tęsknocie i próbie odnalezienia swojego miejsca w świecie innym i jakże trudnym. Całość ubrana w delikatne acz dosadne dźwięki.

Już od samego „Alien” otwierającego „Petite Afrique” przejść należy na high-level swojego umysłu, tak aby scalić się z tym projektem. Cover Stinga przerobiony został bardzo bogato. Zarówno aranżacyjnie, melodyjnie jak i tekstowo mamy tutaj inne palety barw niż w pierwowzorze. Bridge spleciony smykami i zawodzącą wokalizą naprawdę stawia zmysły pod murem, pozytywnie! Album powstał z muzykami, którzy od jakiegoś już czasu współpracują z artystką i udzielają się także podczas jej tournée. Produkcją w głównej mierze zajęła się sama wokalistka przy wsparciu jednego z najwspanialszych obecnie producentów jazzowych, Keitha Witty. Kontrabasista o bardzo subtelnym wyczuciu dźwięków sprawił, że kontynuacja poprzedniej płyty („The Lagos music salon”), którą także współprodukował jest zdobyciem kolejnego szczytu perfekcji i odwagi. „Black enough” jako najbardziej rozenergetyzowany utwór sprytnie wypłynął przed premierą. Zachęcał i spełnił swoją rolę. Fantastyczne dęciaki, wspaniała melodia i charyzma, właśnie te cechy splotły się w jedno i zamknęły w tym 3 minutowym cudeńku.

Na albumie znajdziecie również kolaborację z innym cenionym i bardzo indywidualnym artystą, którym jest Aloe Blacc. Oto mamy najbardziej komercyjny akcent albumu, stylem przywołujący piwniczny klimat Harlemu, gdzie jazz i blues piją gin przy jednym stole. Godny radiowy reprezentant. Czwarty album Somi, drugi dla wytwórni OKeh jest kwintesencją tego co dla mnie w muzyce jest najważniejsze. Szczerość, uczciwość, talent i pokora. Przez ten materiał przepływa bardzo dużo powietrza. Jest lekko ale stanowczo, co sprawia że słuchanie staje się nie tyle przyjemnością co podróżą, pomiędzy muzyką odnajdujemy bowiem autentyczne zapisy dźwięków ulicy. Osobiście najbardziej dotyka mnie utwór „Holy room”, gigant wycelowany w emocje zachwytu. Ilekroć się kończy to włączam jeszcze raz. „Let me” natomiast dzięki solówce na gitarze klasycznej i rytmie żywych dłoni sprawia, że czuje się na chwilę bosy, jakbym stał w słońcu w samym środku Harlemu.

Gitar tutaj dużo. Akustyczne, klasyczne, elektryczne… Cały wachlarz amerykańskiego stylu zamknięty w jazzie afrykańskiej poświaty. No i wokal. Zmysłowo wydobywający się z głośników, bez kokieterii i szpanowania. Czysty, prosty i silny. Słucham tych piosenek od kilku dobrych dni i ciągle nie mogę oderwać i przerzucić się na inne propozycje. Popadłem w „Petite Afrique” bez pamięci i z nieprzytrafiającą mi się łatwością. Koniecznie zapoznajcie się z tym albumem i propagujcie te dźwięki. Może Somi dotrze wtedy i do nas z koncertami.

Ocena płyty: