Leela James “Did It For Love”

Wszystko zaczęło się w 2005 roku, kiedy to miała miejsce premiera jej pierwszego albumu. „A change is gonna come” jak tornado przeszło przez świat zabierając ze sobą coraz większą liczbę słuchaczy. W tymże też roku sam Ray Charles przedstawił nam Leelę James na kompilacji swoich hitów w duetach. Oldschoolowy soul triumfował. Kolejne płyty nie pobiły co prawda tego sukcesu, ale nie pozwoliły zdetronizować Leeli z półki artystów zyskujących pełnię uznania i komplementów.

Kilka dni temu premierę miała najnowsza, szósta płyta. Potężna machina promocji wysyłała na bój co rusz nowe utwory zapowiadające „Did it for love”. „Don’t want you back”, „Hard for me”, „All over again”, „I remember” oraz „Don’t mean a thang” to  prawie połowa całego materiału (jedną z pozycji jest Interlude). Serwowane osobno były całkiem smacznym kąskiem, który podsycał niecierpliwość dnia premiery. Czekałem z zapartym tchem, aby ostatecznie przekonać się, że ta piątka to najlepsze utwory albumu. Całość jest bardzo spójna z tym co Pani James robiła do tej pory. Nie ma zaskakujących produkcji, nie ma też zróżnicowanych kompozycji. Po trzykrotnym przesłuchaniu całości nie umiem stwierdzić, który numer podoba mi się najbardziej, który najmniej i tak naprawdę nie mogę także przypomnieć sobie znaków szczególnych poszczególnych kawałków. Ale nie jest to płyta zła. Jest po prostu dobra, przyjemna i na pewno zyska przychylność słuchaczy. Myśląc jednocześnie o realiach rynku muzycznego stwierdzam, że konkurencja jest na tyle duża, że dobra płyta to za mało abym wracał do tego materiału. Głos Leeli James hipnotyzuje i dreszczy, ale mam wrażenie, że to piosenki które nie zmieściły się na pierwszy album. Może tu tkwi problem, może nagrywając „A change is gonna come” zrobiła to, czego boją się wszyscy artyści. Stworzyła coś co jest szczytem możliwości, a przeskoczyć samego siebie to wyzwanie często skazane na porażkę. Aczkolwiek podkreślam, tutaj porażki nie ma. Jest dalszy ciąg konsekwentnego podążania swoją drogą.

All over again” jest ostatecznie numerem, który osadza wszystko w punkcie i skupia uwagę. Po którymś już przesłuchaniu całości, ten właśnie numer zasługuje na to, aby celebrować sukces tego materiału i aby na nim oprzeć statuę zwycięstwa. Sukcesem przecież jest już sam fakt, że promująca trasa koncertowa to współpraca z Ledisi i Maxwellem. Stać w szeregu z takimi gigantami to naprawdę wielka sprawa. I pomimo marudzenia, że płyta brzmi wtórnie, że nie jest czymś ponad to co już słyszeliśmy w wydaniu James, to cały czas pokazuje doskonały kunszt wokalny jednego z najbardziej charakterystycznych głosów współczesnego soulu. To taka nasza Ania Dąbrowska, która zamroziła się gatunkowo. Jednym to podchodzi, bo lubią constans, innym jest już za mało i proszą o przewietrzenie. Płytę tę polecam więc tym, którym wystarczy poprawny oldschool pełen drapieżnego zadziora wokalnego jaki możecie znaleźć także i na 5 poprzednich albumach Leeli James.

Ocena płyty: