Jamiroquai “Automaton”

Na „Automaton” wszystko jest jasne od początku. Mamy do czynienia z funkowo-soulową produkcją, która powinna przypaść do gustu słuchaczom. Muzycy Jamiroquai nie są już nastolatkami, przeżyli swoje i co ważne wysłuchali wielu płyt. W graniu zespołu można doszukiwać się wszystkiego: disco, soulu, funky. Pytanie tylko, po co? Przecież najważniejsze jest to, że potrafi nas oczarować lekkością i delikatnością swojej muzyki, a Jason Kay, ich wiecznie nieogolony wokalista, niczym hipnotyzer, swymi piosenkami wprawi nas w stan błogiej nirwany, gdzie nie liczy się czas i miejsce.

Jamiroquai Automaton

Jamiroquai” to zbitka dwóch słów: Jam (od „jamowania”, improwizacji) i Iroquai (od plemienia Irokezów). Tytułowa „automatyzacja” to dla Jaya, stojącego na czele swojego pięcioosobowego plemienia nie tylko uznanie wzrostu sztucznej inteligencji i technologii w dzisiejszym świecie, ale również pamięć o prostych, bardziej przyjemnych rzeczach w życiu ludzi, o wzajemnych relacjach ze sobą. Kilka kompozycji na nowej płycie odsłania wierzenia i poglądy Jasona, który wyraża zaniepokojenie współczesnymi „środkami komunikacji” międzyludzkiej.

Ósmy album brytyjskiego zespołu jest bezpośrednią kontynuacją poprzednich płyt, grupa z wdziękiem tworzy kompozycje, których świetnie się słucha, pomimo ich użytkowego tanecznego charakteru. Soulowo-funkowa formuła sprawdza się bez zarzutu. Muzyka, której można słuchać na okrągło i przy każdej okazji. Produkt dla bywalców imprez oraz dla fanów George’a Duke’a i Marvina Gaye’a.

Już na promującym wydawnictwo, tytułowym „Automaton”, frontman formacji wyczarował swoim głosem nastrój i klimat, które nadały nagraniu niepowtarzalny charakter. Drugi singiel – „Cloud 9”, to sentymentalna podróż do lat świetności funkowych ballad. Jay Kay śpiewa wspaniale, jego głos w dolnych rejestrach nabrał tego szczególnego zmysłowego, rozkołysanego charakteru. Z kolei w piosence „Nights in the Jungle” uwagę słuchacza przykuwają falsety. Dźwięczne i czyste eksplodują ponad partiami rapowymi i dopełniają niezwykle atrakcyjne, efektowne (bez efekciarstwa) brzmienie. Nie ma wątpliwości, że bez wokalisty, który na początku działalności drażnił niektórych swoimi lewicującymi wypowiedziami oraz zachowaniem i ruchami na scenie, nie byłoby Jamiroquai.

Okazuje się jednak, że są ludzie niezastąpieni.

Z kapeluszem zdecydował się nie rozstawać jeszcze za nim został gwiazdą. Wierzył, że gdyby stał się sławny, ludzie zapamiętywaliby go, ale nie rozpoznawali na ulicy z gołą głową. Dziś częściej pokazuje się bez nakrycia głowy, ale jego twarz jest już równie znana, co kapelusz. Filigranowy wokalista Jay Kay to jedna z najbardziej charakterystycznych postaci muzyki lat 90. Jest znakiem rozpoznawczym Jamiroquai. Są i tacy, którzy uparcie twierdzą, że Jamiroquai to on sam. Zwany „kotem w kapeluszu”, nonszalancki egocentryk o niezmierzonych pokładach energii, która może eksplodować w każdej chwili.

Jamiroquai udała się na „Automaton” rzecz niebywała. W plastikową i z pozoru tylko monotonną współczesną muzykę tchnęli ducha lat 70. – przede wszystkim nawiązując do korzeni funk i disco. Pulsujące energią kompozycje osadzone są w tradycji najlepszych tanecznych produkcji. Nikt obecnie nie gra tak jak Jamiroquai, a oni sami stali się prekursorami stylu, któremu inni mogą składać tylko hołd. Obok „Automaton” nie można więc przejść obojętnie, a dla wszystkich sympatyków funkowo-soulowego grania to pozycja obowiązkowa.

Ocena płyty: